środa, 11 kwietnia 2012

"Powstaje IV Rzeczypospolita". Goworitie-li po-wolski, Herr Katschinsky? C'est impossible!

Nie mam zamiaru omawiać wczorajszych upolitycznionych obchodów katastrofy sprzed dwóch lat. Inni to zrobili lepiej ode mnie, zresztą w wielu komentarzach powiedziano większość tego co trzeba było powiedzieć, a czasem może i za dużo. Ja skupię się tylko na jednym problemie, który widzę u prezesa PiS-u nie od wczoraj - na problemie językowym.

No i tak... Wielkiejnoc minęła, święto niezgody narodowej obchodziła Warszawa, obchodził Kraków, obchodził Białegostok. Dziwicie się może niektórym słowom w poprzednim zdaniu? Ano tak, ostatnio zaczynam się uczyć wolskiego. Jeżeli zdradzeni o świcie zwyciężą  w następnych wyborach, to grozi nam, że będzie to język urzędowy. Dlatego zawczasu można już przyszykować mały słowniczek polsko-wolski, żeby nie było później zaskoczenia.

Pierwsze słowo z projektowanego Słownika Języka Wolskiego Żoliborskiej Akademii Nauk to słowo RZECZYPOSPOLITA. Jasne, że czwarta (choć tak naprawdę piąta), ale to tak bywa - np. jak wielotomowe wydawnictwa czasami wydają np. Tomu 1. część pierwszą i część drugą. Choć nie lubię tej praktyki, tak już bywa, a przynajmniej bywało. Tak samo IV RZECZYPOSPOLITA była IV Pierwsza i teraz ma być IV Druga (w planie, właśnie "się buduje").

Ale... zaczynam mieć wątpliwości. Dotychczas była RZECZPOSPOLITA (Pierwsza, Druga czy Trzecia).  Teraz ma skończyć się Rzeczpospolita, a zacząć Rzeczypospolita. Ta subtelna literka y burzy całą koncepcję polityczną.  Rzeczypospolita nie może być Czwarta, bo dotychczas wszyscy mówili Rzeczpospolita. Dotychczas nasz kraj nigdy nie był nazywany po wolsku, tylko po polsku. Terminologię w języku wolskim wprowadził Jarosław Kaczyński.
Właśnie: dlaczego
IV RZECZYPOSPOLITA, a nie np.:
IV RZECZAPOSPOLITA
albo: IV RZECZOPOSPOLITA
albo nawet IV RZECZUPOSPOLITA?

Aby tę kwestię rozwikłać, wróćmy do sedna, czyli do deklinacji. W języku polskim uczono mnie zawsze, że jest ona w tym rzeczowniku złożona, ponieważ jest to rzeczownik dwuczłonowy, powstały ze zlania się rzeczownika i pełniącego funkcję przydawki przymiotnika. A więc Rzecz + Pospolita = Rzeczpospolita. Deklinuje się część przymiotnikowa (obowiązkowo) i część rzeczownikowa (niekoniecznie, choć jest to poprawne). Mamy więc:

Mianownik: Rzeczpospolita
Dopełniacz: Rzeczpospolitej (lub: Rzeczypospolitej)
Celownik: Rzeczpospolitej (lub: Rzeczypospolitej)
Biernik: Rzeczpospolitą
Narzędnik: Rzeczpospolitą (lub: Rzecząpospolitą)
Miejscownik: w Rzeczpospolitej (lub: w Rzeczypospolitej)
Wołacz: Rzeczpospolita!  (lub: Rzeczypospolita!)


Formy w nawiasie są nacechowane nieco stylistycznie, może nawet brzmią nieco poetycko. Oczywiście po polsku (a nie po wolsku) mianownik lp. brzmi tylko i wyłącznie RZECZPOSPOLITA. Ale - uwaga - jest jedna ciekawostka: prawie nieużywana alternatywna forma w wołaczu, która brzmi identycznie jak forma mianownikowa w języku wolskim: RZECZYPOSPOLITA. W języku polskim jest ona praktycznie nieużywana, ale mogłaby być użyta w jakichś zwrotach retorycznych w poezji. Zupełnie na serio - mamy przecież takie rzeczowniki polskie rodzaju żeńskiego, zakończone na spółgłoskę funkcjonalnie miękką, które mają zakończenie w wołaczu na -i lub -y. Przykłady: Święta Miłości kochanej Ojczyzny! albo: Młodości, dodaj mi skrzydła!. Równie dobrze może zaistnieć zawołanie typu: O, myszy polna!  O, chuci zdradliwa! O, stara Bydgoszczy! O, spokojna Chodzieży! O, Rzeczy Pospolita dziadów naszych!

Chyba nie przypadkiem prezes Kaczyński tworząc  formę mianownikową w języku wolskim wybrał za wzór  taką formę polską, która by miała charakter retoryczny - formę nieużywaną w zwykłym języku, starą formę wołaczową, którą poza metaforycznym zwrotem trudno by gdziekolwiek użyć. To jasne - Prezes lubi retorykę i wołacze. Lubi też poezję, dlatego teraz z jego ustanowienia ta forma, wciąż śmieszna i niepoprawna w języku polskim jako mianownik, stanie się standardowa w języku wolskim.

Dawniej (w latach 80., w mojej podstawówce) się uczyłem:

Będzie wielka Rzecz,
Pospolita Rzecz,
Potęga wyrośnie z nas, 
Na pochwałę wsi, na pochwałę miast!

w wersji wolskojęzycznej to będzie brzmieć:


Będzie wielka Rzeczy,
Pospolita Rzeczy,
Potęga wyrośnie z nas, 
Na pochwałę WSI, na pochwałę miast!

Pożyjemy, zobaczymy.

wtorek, 13 marca 2012

Chamstwo Cejrowskiego i tchórzostwo biskupów

Marzec już w połowie, wiosna się zaczęła, a więc i życie ideologiczne trochę wybudza się z zimowej drzemki. Przez kraj przeszła seria manif, niektóre bardziej udane, inne mniej. Muszę przyznać, że nie byłem na manifie, bo mam dystans do niektórych postulatów wysuwanych podczas takich manifestacji. Mam również zastrzeżenia do zbytniego antyklerykalizmu manif. Czy zasadne i celowe są wypowiedzi skrajnie antykościelne i antyreligijne? Wiem, że KRK często postępuje podle wobec kobiet, osób homo-,  bi- i transseksualnych, jak również wobec innowierców i niewierzących. Ale czy to jest powód, żeby odpłacać się tą samą (albo i gorszą) monetą?

Kościół Katolicki w Polsce traci wiernych. Okopuje się w swojej twierdzy, odrzucając tych, którzy nie akceptują radykalizmu katolickiego. Radykalizm ten powinien być zresztą w KRK nurtem marginalnym, bo sam papież Jan Paweł II się od niego odciął – choćby przez swe spotkania z duchownymi i wiernymi innych wyznań i innych religii. U nas Kościół Katolicki, zdominowany jest przez takich ludzi jak Rydzyk.

Z Kościołem trzeba rozmawiać. Inna sprawa, że KRK nie traktuje wielu grup jako pełnoprawnych partnerów do dyskusji. Nie czuje potrzeby dyskusji np. z gejami i lesbijkami. Nie czuje potrzeby przyznania, że prezerwatywy i antykoncepcja to świetny wynalazek, który trzeba rozpowszechniać. Za swoje bezczelne włażenie ludziom w łóżka jest więc w dużej części winien niektórym atakom, często gremialnym, chamskim i gówniarskim. Czyta się np. artykuł, że będzie szła procesja religijna przez miasto – a pod nim chamskie i szczeniackie wpisy. Każdy ma prawo iść w marszu przez miasto, nie mam nic przeciw. Szli kibole, szła Manifa, szły pielęgniarki. Ale co robić…

Ja jednak bardziej czuję potrzebę dialogu niż odwetu. Zapewne są funkcjonariusze Kościoła, którzy też tak czują, że trzeba ten dialog rozpocząć. Ale nie zrobią tego, bo albo mają zakneblowane usta przez hierarchię, albo sami będąc wśród tej hierarchii, są zwykłymi tchórzami. Tak, trzeba przyznać – biskupi katoliccy w Polsce to w dużej części tchórze. Ci ludzie gotowi są ochrzanić małżeństwo, które stosuje prezerwatywy, natomiast po tchórzowsku nabierają wody w usta, gdy ktoś, spośród tzw. radykałów katolickich tworzy jakąś chorą ideologię, sieje nienawiść, głosi poglądy sprzeczne z Ewangelią. Rozumiem, że biskupi się boją podpaść Rydzykowi, bo za Rydzykiem stoją moherowe berety, a jego potępienie mogłoby spowodować rozłam. Ale skąd tyle tchórzostwa w innych przypadkach? Dlaczego jeśli tzw. „radykał” posunie się za daleko, księża nie zwrócą mu uwagi publicznie? Chciałem zwrócić tu uwagę na kazus Wojciecha Cejrowskiego. Znany podróżnik, kiedyś lubiany przez wielu za swoje programy telewizyjne, obecnie popełnił właściwie medialne samobójstwo. Nikt go nie chce wśród mediów, tylko grupy radykalne. Okopał się w swej twierdzy. Ostatnio miał się ukazać wywiad z nim w tygodniku „Newsweek”, ale redakcja nie zgodziła się na niektóre chamskie wyrażenia z jego strony. Uważam również, że nie powinien się na coś takiego zgodzić uczciwy dziennikarz gazety chrześcijańskiej. Ale redakcja "Frondy" oczywiście zgodziła się - i tutaj wydrukowała ten chamski wywiad. Pogarda dla innych i używanie słów typu „Szkopy”, „padalce” jest jawnym zaprzeczeniem pokory, Przykazania Miłości, a także dialogu i szacunku dla innych religii, rozpoczętego przez Jana Pawła II. Także przekonanie o jedynozbawczości katolicyzmu (Cejrowski: Nie koleguję się z innowiercami, to niebezpieczne duchowo) i bezwzględnej wyższości swojego wyznania nie zawiera się dziś już nawet w oficjalnym nauczaniu Kościoła Katolickiego. Do tego dochodzą obsesyjne próby znalezienia sobie dokoła wrogów (Cejrowski: Wrogami mojej Ojczyzny, czyli moimi osobistymi również, są Niemcy, Rosja i Unia Europejska..) Cejrowski jest więc katolikiem jak z koziej dupy trąba. Nie tylko nie nastawi drugiego policzka wrogowi, ale spoliczkuje i opluje potencjalnego przyjaciela. Należałoby potępić takie chamstwo. Potępić religijnie i powiedzieć publicznie, że to jest zaprzeczenie Przykazania Miłości.

Co na ten temat powiedzą polscy biskupi katoliccy? Nic nie powiedzą – bo są tchórzami. A nawet jakby któryś był odważny i podniósłby głos, to zostałby przez swoich kolegów zadziobany. Lepiej więc siedzieć cicho. 

niedziela, 19 lutego 2012

Bartyzel w Ruchu Palikota...

No tak... ucieszyła mnie pewna wieść z dzisiejszego dnia., pisze o tym agitacyjna tuba Terlikowskiego - "Fronda". Otóż syn niejakiego prof. Jacka Bartyzela, Jacek Władysław Bartyzel, wstąpił do Ruchu Poparcia Palikota. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby... ano właśnie... Nieznającym specyfiki p. Bartyzela [starszego] trzeba wyjaśnić, że jest to fundamentalny monarchista, a przez to człowiek dość kabaretowy. Nie to jest w nim śmieszne, że jest monarchistą  (nie usiłuję jednoznacznie deprecjonować wszystkich argumentów monarchistów), śmieszne jest to, że on wierzy w to wszystko, co głosi (legitymizm, potrzeba monarchii absolutnej i króla-pomazańca Bożego) i uważa swoją ideologię za jedyne zbawienie dla świata. Dziwne to, bo jest przecież historykiem, który bądź co bądź posiada bardzo dużą wiedzę historyczną na temat historii idei, więc powinien wiedzieć też o ich ewolucji w XX i XXI wieku, ewentualnie polemizować z nowymi ideologiami (które też czasem są idiotyczne i też częściowo odejdą do lamusa historii). On jednak nie umie polemizować - aby polemizować trzeba umieć być otwartym na czyjeś argumenty, trzeba umieć słuchać i ripostować, a czasem przyznać przeciwnikowi rację. Bartyzel jednak nie zna zasad erystyki - klepie swoje formułki sprzed kilkuset lat z zatkanymi uszami. Żyje w śmiesznym świecie pomazańców Bożych, cieszy się z narodzin Jego Królewskiej Wysokości Delfina Francji i Księcia Burgundii. Takie hobby byłoby jeszcze całkiem niegroźne, tak jak bycie fanem Johna Lennona i zbieranie przedmiotów, które dotknął. Kłopot w tym, że Bartyzel nienawidzi wszystkich, którzy myślą inaczej niż on - przy nim Terlikowski to pikuś. Bartyzel nienawidzi protestantów za to, że nie są katolikami, nienawidzi socjalistów za to, że nie są monarchistami, nienawidzi oczywiście też homoseksualistów, bo nie są heteroseksualistami. Kiedyś z moim kolegą, doktorem historii (człowiekiem o poglądach konserwatywnych, częściowo nawet monarchistycznych!) rozmawiałem na różne tematy i zaczęło się gadanie o Bartyzelu, to delikatnie go spytałem, czy nie uważa, że Bartyzel jest trochę szalony, to mój konserwatywny kolega odpowiedział: "Ależ on jest nie tylko szalony, on jest popie...lony". Może wyraził się ostro, ale zrozumiałem wtedy, że człowiek o poglądach monarchistycznych może mieć trzeźwe spojrzenie na świat i krytycznie oceniać ideologię Bartyzela.

Taak... A więc nawet konserwatystę stać na taką (bardzo ostrą) ocenę p. Bartyzela. I teraz radością napełnia fakt, że jego syn, Jacek Władysław Bartyzel, radykalnie się odcina od tego kabaretowego światka delfinów Blablacji  i wielkich książąt Tiutiurlistanu. Nie jest na pewno miłym konflikt ojca z synem, ale w tym wypadku należy to zdarzenie ocenić pozytywnie - może nawet skłoni to jego ojca do pomyślenia nad pewnymi kwestiami. Dlatego gratuluję wstąpienia do Ruchu Palikota, mimo że sam nieraz patrzę krytycznie na tę partię.

Ruch Monarchistyczny to niby kanapowe towarzystwo wzajemnej adoracji, złożone z takich ludzi jak Bartyzel senior -  chyba główny ich guru i ideolog. Toczą między sobą nawet operetkowe spory, ale raczej trzymają się razem, bo przecież to grupa kumpli. Są czasem wśród nich elementy niebezpiecznie społecznie i psychopaci. Weźmy takiego młodego duchownego sekty sedewakantystów, Rafała Trytka, który publikuje na stronie Orchanizacji Monarchistów Polskich. Kilka lat temu (bodaj w roku 2008?) stwierdził publicznie, że ma nadzieję, że "powrócimy do tych wspaniałych czasów i tych ludzi będzie się na stosach". Było swego czasu głośno o tym, ale potem ucichło i zapewne okoliczności wymusiły na Trytku, żeby złagodził swoje stanowisko. Powiedział wtedy: "Przyznaję, że w tym wywiadzie zostały użyte zbyt mocne słowa o średniowiecznych stosach. Żałuję tych słów i wycofuję się z nich". No tak... W takim razie ja chciałbym splunąć w gębę Trytkowi, a następnego dnia powiem, że trochę za mocno splunąłem i przykro mi z tego powodu. Dlatego nie wierzę osobnikom takim jak Trytek. Chłopak ma nasrane we łbie i może być niebezpieczny dla ludzi tak jak Anders Breivik.



Żeby jednak się nie wydawało, że jestem jednostronny, muszę przyznać, że boję się też ekstremizmu z drugiej strony. Ekstremizm antyreligijny też zionie nienawiścią i też przyciąga osobników niebezpiecznych. Dlatego zawsze uważam na takich, co skaczą do gardła zwykłym ludziom za to, że chodzą do kościoła, że są przywiązani do tradycji i uroczystości religijnych. Mamy też z historii przykłady rozbestwienia - np. rewolucję francuską, która miała wspaniałe idee, słusznie sprzeciwiła się samowoli monarchii, arystokracji i opasłym purpuratom, ale potem przyniosła terror, rzeź i dewastację, a hołota wdarła się do kościoła Sant-Denis, porozbijała  i wywaliła z trumien ciała spoczywających tam setki lat monarchów. Schamienia nie da się usprawiedliwić i nieważne jest, czy to schamienie Trytka, Natanka, czy anty-Trytka i anty-Natanka. 

sobota, 7 stycznia 2012

Natanek: Pan Bóg był pedałem

Piotr Natanek z Grzechyni wciąż zaskakuje. Władze kościelne nabrały wody w usta i udają, że się nic nie dzieje. A tymczasem suspensowany duchowny, doktor habilitowany o umyśle chłopka-roztropka po skończonych dwóch klasach szkoły powszechnej, łamaną łaciną odprawiający przedsoborową mszę, wpada na tak niezwykłe pomysły.  Trzy dni temu (3.01.2011) miał odjazdowe kazanie. Po minucie 29. (w poniższym linku) Natanek dostaje fazy i zaczyna ostrą jazdę:

(link do filmu: http://natanek.cba.pl/index.php/bog-kocha-inaczej/#more-755)

i mówi m.in.:


Tylu było świętych chłopów, gdzie Bóg do nich mówił „ty mój małżonku”. No to dzisiaj wielu z was by powiedziało „Pan Bóg był pedałem”, no nie? Homoseksualista! No bo do Jana od Krzyża mówi „mój oblubieńcze”. No to pedał!


Nie wiem, czy warto komentować zjawisko, które zostało już wielekroć skomentowane, a które właściwie nie tyle potrzebuje komentarza, ile diagnozy medycznej. Urywane ciągi myślowe Natanka, które mają albo reprezentować przykłady albo antyprzykłady - to raczej wywołuje śmiech i przypomina się tu poseł Janowski, który przedawkował proszki. Natanek jednak sądzi, że w ten sposób doprowadzi ludzi do prawdziwej wiary. On tak sądzić może i garstka jego fanów. Tylko że jeżeli tak prymitywny jest jego stosunek do Boga / Istoty Najwyższej/ Absolutu - to sam zapędza siebie w kozi róg, bo jeśli go jego własna mowa nie gorszy, to czemu gorszy go np. malowidło Nieznalskiej? Oczywiście, ktoś może mi powiedzieć, że ktoś taki jak Natanek nie rozumuje w kategoriach filozoficznych takich jak "Absolut", czy "Istota Najwyższa" ale dla niego Bóg jest czymś czysto cielesnym, stworzonym na obraz i podobieństwo człowieka, czy też jakimś totemem z głową wilka błyskającego oczyma i szczerzącego zęby. Takiego Boga cielesnego, przemijającego, może sobie Natanek wyobrazić, może udowadniać członkom swojej sekty, że Bóg był [czas przeszły - podkreślenie moje!]  lub też nie był np. "pedałem". Natomiast Boga duchowego Natanek nie tylko nie może sobie wyobrazić - obawiam się że w Niego nie wierzy. Podobnie jak klepie Credo po łacinie i nie wszystko musi rozumieć. A że jest doktorem habilitowanym - to już inna sprawa...

środa, 4 stycznia 2012

Głupie to i ciemne - fanatyzmu ciąg dalszy

Na dziś krótko. Fanatyczne portale "Piotr Skarga" i "Fronda" z uznaniem wypowiadają się o "suwerenności" prezydenta Ghany, zacietrzewionego homofoba, który nie odróżnia chyba pedofilii od homoseksualizmu i odrzucił pomoc od premiera Wielkiej Brytanii, konserwatysty Davida Camerona. Otóż w tym biednym afrykańskim państewku na lotniskach zawisły karteczki z napisem Ghana nie wita ciepło pedofilów i innych dewiantów seksualnych .

Oczywiście widać, że jest to ewidentna próba zrównania niebezpiecznych dla dzieci pedofilów z osobami nieheteroseksualnymi i szczucia na wszystkich, wyłamujących się z heteronormatywności. Nie ma chyba co dyskutować z argumentami prezydenta Ghany, ale dziwi mię aż taki podziw polskich ultrasów dla takich żenujących decyzji w jednym z krajów Trzeciego Świata. Okazuje się, że ci nasi wielbiciele afrykańskiego ciemnogrodu zupełnie nie wiedzą, co mówią. Oto jedno zdanie z artykułu:

W listopadzie 2011 roku John Atta-Mills dołączył do zbuntowanych przywódców państw afrykańskich, które nie chcą pomocy od Wielkiej Brytanii, która uzależnia wsparcie finansowe od legalizacji małżeństw homoseksualnych. 

Radio, Erewań, halo...?

Po pierwsze, nie małżeństw homoseksualnych, ale prawa do seksu (bo małżeństw jednopłciowych nie ma nawet w Wielkiej Brytanii, gdzie są związki partnerskie, a nie małżeństwa).

Po drugie, nie legalizacji, ale depenalizacji (bo w Ghanie za stosunek homoseksualny dostaje się wieloletnie więzienie, a o tym, żeby tam zalegalizować jakąś ustawę o związkach nikt nawet nie marzy).

A po trzecie, Wielka Brytania ma prawo wspierać finansowo państwa, dążące do przestrzegania praw człowieka, a nie wspierać państw takowe prawa łamiących. Nie chodziło Wielkiej Brytanii o wprowadzenie żadnych "małżeństw", tylko o zniesienie barbarzyńskiego karania ludzi, którzy nic nikomu nie zrobili złego.   Mówienie o "zbuntowanych" (czyli chcących pozostać w barbarzyństwie)  jest tu żałosne i śmieszne zarazem.

Jeśli ktoś jest przeciwny legalizacji małżeństw homo, to nie zwalnia to go od myślenia i odróżnienia zawierania małżeństwa od sadzania do więzień. Cóż, głupie i ciemne przeważa w tej grupie. Może to i dla nas dobrze.

No to co, Polsko Walcząca o Moralność? Lećcie do Ghany, uklęknijcie przed kartką na lotnisku. A prezydentowi wręczycie może kwiaty i święty szkaplerzyk?

To może byście już tam na zawsze zostali...W Polsce pokaleczycie sobie moralność.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Terlikowskiego apologia ekstremizmu

Redaktor Tomasz Terlikowski, prowadzący obecnie portal Fronda.pl popada w coraz bardziej absurdalne zakrętasy ideologiczne. Jeszcze jakieś 6 lat temu był całkiem "normalnym" redaktorem portalu ekumenizm.pl, który stał się forum starć konserwatystów i liberałów z różnych wyznań. Niestety, nie trwało to długo. Terlikowski zaczął być coraz bardziej radykalny, aż w końcu się wycofał (szczegółów jego odejścia nie znam).  Wypowiedzi Terlikowskiego znają chyba wszyscy ci, którzy są zainteresowani kwestiami religijnymi i obyczajowymi w naszym kraju. Niektóre z jego wypowiedzi są szokujące, choć wydaje się, że powtarza swoje poglądy w kółko jak mantrę. Ale Terlikowski potrafi wciąż zaskakiwać.

Zaangażowanie w sprawach seksualno-obyczajowych, obronie tradycji, sprzeciw wobec aborcji - to główna działka redaktora Frondy. Podkreślanie jedynozbawczości Kościoła Katolickiego, obsesyjna homofobia, religijne politykierstwo - są tu niemal regułą. Nie powiem, że Terlikowski zawsze się myli, bo zdarza mu się napisać rzeczy całkiem mądre, ale... są one w takiej mniejszości, że oceniam je na 10%. Reszta to albo banały, albo bzdury, albo plucie nienawiścią. Niestety.

Trzeba powiedzieć jednak, że Terlikowski nie jest antyekumeniczny (jak np. lefebryści). Nie jest też raczej antysemitą (choć zdarzało mu się czasem bronić antysemitów). Kim więc jest oprócz tego, że - co z dumą mówi sam o sobie - jest "katolem"?

Otóż wydaje mi się, że red. Terlikowski jest konserwatystą katolickim, który czasem ślizga się jak piskorz - bo z jednej strony wolałby to, co przedsoborowe (i popiera lefebrystów), a z drugiej - chce zademonstrować posłuszeństwo wobec Nieomylnego Papieża, Głowy Matki Kościoła. Kierkegaardowskie albo-albo jest tu bezużyteczne, bo Kościół przedsoborowy jest dla niego tym "prawdziwym" z punktu widzenia duchowości, a Kościół posoborowy jest tu i teraz, w czasie i przestrzeni, w którym żyjemy, więc nie sposób się bez niego obejść (bo bez kościoła nie ma zbawienia).

Ale chciałem przejść do innego tematu. Zauważyłem, że red. Terlikowski broni wszystkiego, co tradycyjne w religii. No właśnie - co to znaczy? On często mówi, że broni wiary, ale tak nie jest. Bronienie wiary w znaczeniu duchowości poczytałbym mu nawet na plus, ale on broni wszystkiego, co w religii jest materialne. Nie jest dla niego ważne, jak interpretować Biblię, która w nowych czasach zadaje nam coraz więcej trudnych pytań. Dla niego interpretacja jest zawsze jednoznaczna, bo taka była zawsze - czyli najczęściej taka, jaką przyjęli przed stuleciami Ojcowie Kościoła albo literalna. Ważne dla Terlikowskiego jest to, jaka jest  zewnętrzna oprawa tej wiary. Obyczajowość, zwyczaje, liturgia, przesądy. To się liczy dla niego bardziej niż wiara, dla tych elementów należy poświęcić życie, prowadzić świętą wojnę, narzucić je siłą wszystkim dokoła.

Portal red. Terlikowskiego  - o dziwo - broni wszystkich sztywnych zasad powierzchownej religijności nie tylko w katolicyzmie. Coś mam wrażenie, że ten ultrakatolicki portal  broni każdego ekstremizmu religijnego. Ostatnio - ekstremizmu żydowskiego - czemu się dziwię, bo wiem, że spora część miłośników "Frondy" to histeryczni antysemici, wierzący w światowy spisek syjonistów. Ale ekstremizmu widocznie według "Frondy" należy bronić dla zasady. Dziś redakcja Frondy zamieściła artykuł o protestujących ultraortodoksyjnych Żydach (haredim), protestujących przeciwko wszystkiemu i wszystkim, którzy nie są ulttraortodoksyjni.

Trudno mi jednoznacznie wykazać, że ten artykuł zamieszczony we "Frondzie" jest obroną ekstremistów, ale mimo wszystko robi on takie wrażenie Tytuł brzmi: Ortodoksyjni żydzi: prześladują nas gorzej niż naziści. Te słowa są to oczywiście kpiną i obrazą, wobec tych, którzy zginęli i tych, którzy ocaleli z zagłady. Ale czytelnik "Frondy" ma wrażenie - biedni, pobożni ludzie, "prawdziwi" wyznawcy judaizmu dyskryminowani przez zateizowane państwo Izrael. Oni przecież chcą móc "praktykować" swoje "religijne" zwyczaje, czyli na przykład opluć siedmioletnią dziewczynkę na chodniku za to, że nie zachowywała się zgodnie z przepisami Tory. To już jest swego rodzaju religijna dewiacja - a o tym, że kobiety są tam terroryzowane przez ortodoksów ani o protestach społecznych przeciw ortodoksom Fronda nie napisała nic - tylko o proteście "pobożnych" ortodoksów, którzy terroryzują swoim zachowaniem 90%  mieszkańców Izraela. No ale oni są "prawdziwymi Żydami" (tak jak wyznawcy Radia Maryja są "prawdziwymi Polakami").

Wydaje mi się, że Terlikowski i jego klika usiłuje pokazać fanatykom radiomaryjnym, że gdzie indziej  inni fanatycy (czy to muzułmańscy, czy to żydowscy) mają się dobrze.Frondystom jest na rękę takie pokazanie czyjejś "pobożności" - nogą powiedzieć swoim fanom: "patrzcie i bierzcie przykład". Pojawiają się na "Frondzie" czasem ciche wyrazy uznania nawet dla "pobożności" i nieugiętości ekstremistów muzułmańskich (jeśli tylko nie są to zachowania antychrześcijańskie). Zapewne chcieliby polscy ultrakatolicy zbudować ze swoich Obrońców Krzyża nowe, duchowe Okopy św. Trójcy, więc szukają wzorców poza "upadłym moralnie"  Zachodem. Ortodoks żydowski, który pluje na dziewczynkę idącą do szkoły może być tu "dobrym" wzorcem. Podobnie ekstremista islamski czy katolicki "pielgrzym", który pobił parasolem reporterkę.

Jeżeli to jest jakakolwiek pobożność, to jest to pobożność zła, zdegenerowana. Chrześcijanie zwłaszcza powinni pamiętać o słowach Jezusa, że "nie człowiek jest dla szabasu, ale szabas dla człowieka". A red. Terlikowskiemu radziłbym się zastanowić, czy jego faryzejska ideologia nie zaślepia go i nie przesłania mu miłości bliźniego.

niedziela, 1 stycznia 2012

Smaczne kąski

Wpadła mi w ręce książeczka z mało znanymi wierszami Daniela Naborowskiego pt. "Smaczny kąsek". Świetny barokowy poeta polski miał sporo humoru, również w sferze intymnej. Oczywiście trzeba pamiętać, że to siedemnastowieczna staropolszczyzna. Pewne rzeczy nawet niezbyt dobrze o nim świadczą, a słowa, których używa mogą w przyzwoitej sytuacji nie przejść przez gardło. Niektóre słowa dotrwały do dziś i oznaczają to samo. Niektóre oznaczają coś innego i łatwo się pomylić, jeszcze inne we współczesnej polszczyźnie już nie występują. Często używa Naborowski słowa kiep, które oznaczało po prostu pudendum muliebre - "kobiecą rzecz wstydliwą". Czyli dziś delikatnie rzecz ujmując, byłaby to cipa. A niedelikatnie - ech, nie chce mi się rozwijać tematu. Natomiast pudendum virile, czyli "męska rzecz wstydliwa", to pyje (zamiennie używane ze słowem jajca).

Zwrócił moją uwagę zagadkowy wiersz pt.  Do Lesbijej. Czyżby Naborowski wyraził tu poetycko to, czego nie udało się wyrazić posłowi Robertowi Węgrzynowi? Oto tekst:


DO LESBIJEJ (Ex Oveno)


Jeśli, Lesbija moja, chcesz być zodyjakiem,
Ja słońcem niechaj będę i chodzę tym szlakiem.
Słońce raz w rok zodyjak przebiega na niebie, 
Ja choć raz na każdą noc niech przebiegam ciebie.

Ciekaw jestem, co Lesbija owa odpowiedziała Naborowskiemu. Czy może poświęciła mu własny czterowiersz nabazgrany za kartce wyrwanej ze sztambucha? Czy może poszła do łóżka ze swoją kochanką i obie się śmiały z faceta hetero, który usiłuje zalecać się kobiet o innej orientacji seksualnej? Tego już chyba się nigdy nie dowiemy...

Następna ciekawostka - motywy transseksualne (a może bardziej interseksualne) w wierszach Naborowskiego. Weźmy taki wiersz:

DO JEDNEGO HERMAFRODYTY


Nie wiem, hermafrodytą przecz cię ludzie zową,
Jakobyś i mężczyzną był, i białogłową.
Ja z ciebie tych dwóch natur nie mogę wyłatać,
Chyba żebyś się miał dać na dwoje rozpłatać.
Atoli jednak powiem o tym zdanie moje:
Kiep-eś, a pyje nosisz, otoż masz oboje.

Co to pyje i co to kiep - wiemy już dobrze. Ale zadziwia mię to, że zdecydowanie preferujący kobiety Naborowski tak głęboko zastanawia się tu nad dwojaką płciowością istoty ludzkiej. Godne to uznania, nawet, jeśli czyni to w sposób cokolwiek rubaszny.

A teraz inny "smaczny kąsek" - tym razem dla heteroseksualistów. Pisces et mulieres  in medio meliores- znaczy po polsku tyle co 'ryby i kobiety w środku najlepsze'. Słyszałem, że seks z kobietami nasuwa pewne skojarzenia zmysłowe z rybami - zapewne na to też chciał zwrócić uwagę Naborowski:

PISCES ET MULIERES
IN MEDIO MELIORES


Białogłowa i ryba smak swój w środku nosi, 
Smaczne dzwono łososia, a co z kiepu Zosi?
Kto jako czapla przecież, niech się ma do ryby, 
Ja jako wilk na mięso ważę bez pochyby. 


O ile się nie mylę, to w żargonie heteroseksualistów (ale też i lesbijek) taki seks nazywa się "robienie minetki". :-)

Dużo dobrego zostawił nam nasz barokowy poeta, Daniel Naborowski. Jego umiejętność czerpania radości z życia zasługuje na uznanie, zwłaszcza, że żył w ciężkich czasach (1573 - 1640, więc wojna trzydziestoletnia, rokosze, pożogi). Wiedział, że jest potrzebne i coś dla ciała i coś dla ducha. Był protestantem, a konkretnie ewangelikiem reformowanym (kalwinistą). Widział obłudę kontrreformacyjnego katolicyzmu, atakującego innowierców w Polsce, ale zdawał sobie też sprawę z niedoskonałości człowieka (znane refleksyjne wiersze takie jak Krótkość żywota). W wierszu Błąd ludzki pisał:

Wszyscy święci ojcowie, co ich wonczas było, 
Przez których prawdy słońce na świat się zjawiło,
Aż do Pawła świętego nie uczyli tego,
Żaden się nie poczytał za zgoła czystego.
Nie kazał, abyśmy się w jamy zamykali
Lub uczynki naszymi nieba dosięgali.

I tu chyba trzeba się z nim zgodzić...

sobota, 31 grudnia 2011

Kończy się rok jeden, drugi zaczyna.

Strzelanie za oknem przypomina mi, że dzisiaj ostatni dzień roku. Ludzie dostają jakiegoś amoku z tego powodu, a mnie raczej to zwisa. Owszem, wypiję szampana w towarzystwie i wzniosę toast o godz. 24.00. Może usłyszę parę fajnych kawałów, ewentualnie zjem tartinkę z kawiorem i sałatkę śledziową. I mam nadzieję, że będzie fajnie. Nie czuję jakiejś wewnętrznej motywacji, żeby wyrażać jakąś emocjonalną radość z powodu końca jednego i początku drugiego roku. Dlatego troszkę żal mi tych „entuzjastów”, którzy przy wystrzałach petardy stracą oko albo wylądują w szpitalu. Oczywiście nikomu tego nie życzę, ale to stało się w okresie tego „świętowania” normalką.

A wobec tego, że umówiliśmy się, jako ludzkość, że dziś nam się kończy kolejny rok, nasuwają się oczywiście pomysły na podsumowanie ubiegłego. Podsumowań takich mamy już na pęczki, bo wszystko zależy od tego, co podsumowujemy i z jakiego punktu widzenia. Oczywiście, najważniejsze  rzeczy są wspólne – dość łatwo jest wskazać wydarzenia polityczne („arabska wiosna”) czy kataklizmy (trzęsienie ziemi w Japonii) które skupiły uwagę świata w upływającym roku.


Dla Polski ten rok był bardzo niejednoznaczny. Z jednej strony pojawia się światełko liberalizacji – Ruch Palikota wszedł do Sejmu, publicznie mówi się o ustawie o związkach partnerskich. Z drugiej strony – histeryczna nienawiść ze strony fanatyków religijnych i pseudopatriotów do wszelkiego liberalizmu i prób równouprawnienia (mniejszości narodowych, kobiet, mniejszości seksualnych itd.) doprowadziła do ogromnej polaryzacji i podziału społeczeństwa na dwie nienawidzące się grupy. Jeszcze parę lat temu podział był taki: grupa jedynozbawczych „prawdziwych Polaków” katolików  kontra grupa racjonalistów i postmodernistycznych liberałów. Pierwsi w modlitewnym uniesieniu posyłali z nienawiścią swoich bliźnich do piekła, drudzy – kpili z zacietrzewienia, dyskutowali w racjonalny sposób, prowokowali. Tymczasem przez ostatnie kilka lat sytuacja się o tyle zmieniła, że już nie mamy układu histeryczne dewotki kontra postmodernistyczni racjonaliści. Dziś coraz bardziej nasila się podział: fanatycy religijni nienawidzący wszystkiego, co związane z liberalizmem kontra fanatycy antyreligijni, nienawidzący wszystkich, którzy są związani z religią. Dawniej jedna grupa była żałosna i anachroniczna, więc można było się z niej śmiać i popierać jej krytykę. Teraz obie grupy z nienawiścią skaczą sobie do gardła.  I jeszcze jest pewna presja społeczna, aby poprzeć którąś ze  skrajnych stron. Nie zrobię tego. Wiem, trochę się powtarzam, ale jestem też przerażony wizją Polski skrajnej i skłóconej. Żałosny Marsz Niepodległości i żałosna jego blokada pokazały jak może się to skończyć.

Kryzys na świecie trochę wydawałoby się usunął w cień niektóre plany liberalizacyjne – w Europie formalizację związków partnerskich w roku 2011 roku przeprowadził tylko Liechtenstein (w marcu), a Irlandia uchwaliła ustawę w 2010 roku, ale wprowadziła dopiero od stycznia 2011. Takie państwa jak Grecja, Włochy czy Polska pozostają jeszcze bez ustaw i chyba kryzys gospodarczy na to wpłynie negatywnie – kiedy ludzie nie mają kasy, żeby coś do garnka włożyć, to nie myślą o takich „głupotach” jak ustawa o związkach partnerskich.

Są też i pozytywne informacje, świat się zmienia. Nie wiadomo czasem wprawdzie, czy upadający dyktatorzy nie zostawią miejsca fanatykom religijnym, ale ci ostatni też muszą zmięknąć, bo inaczej czeka ich gniew ludu, który zaznał powiewu wolności. O istnieniu wolności też wykluczeni (geje, lesbijki, zieloni, feministki), zwłaszcza w państwach z fasadową demokracją i konserwatywnym społeczeństwem (Rosja, Ukraina, Białoruś, Serbia). Dziesięć lat temu siedzieliby cicho jak myszy pod miotłą, teraz już robią wiece równości albo happeningi (choćby słynne ukraińskie feministki z FEMEN-u).

Jaki będzie ten rok 2012 – pożyjemy, zobaczymy. Życzę wszystkim jednego: nie dajmy się zwariować. 

środa, 2 listopada 2011

Fronda jest jak Fakty i Mity...

Dziwi się i gorszy Jego Katolickość Terlikowski, że portal Fronda został porównany przez Wandę Nowicką do Faktów i Mitów oraz do "Nie" Jerzego Urbana. Nie rozumiem, czemu to się można dziwić - zajadłość tych portali (czy w wersji papierowej: czasopism) jest porównywalna, paranoiczna nienawiść wylewa się i po jednej i po drugiej stronie. Jeden szmatławiec podobny jest drugiemu. To po prostu media ekstremistów (religijnych bądź antyreligijnych) , dla których język nienawiści jest językiem naturalnym. Tylko obiekt nienawiści jest inny, zaślepienie jest porównywalne. Dla mnie, człowieka, który olewa sobie kibicowanie jakimkolwiek drużynom sportowych, stadionowi przestępcy, czyli kibole, są tak samo odrażający, niezależnie od  tego czy należą do drużyny A, czy do drużyny B.  Jedni i drudzy plują, kopią, biją przeciwników po mordach w ten sam sposób, jedni i drudzy tak samo potrafią wybić kamieniami  witrynę w sklepie czy podpalić czyjś samochód. A więc jedni mają się do drugich tak jak pozytyw do negatywu - choć barwy są odwrócone, to jednak obraz pozostaje taki sam.


Posłanka-elekt Wanda Nowicka zdecydowała się startować z ruchu Palikota. I nie dziwię się jej - w SLD nie zyskałaby mandatu, byłaby jakimś kwiatkiem do kożucha w rozpadającej się partii. Ruch Palikota to dziwna zbieranina ludzi wartościowych i bezwartościowych, entuzjastów i cwaniaczków, społeczników i szemranych biznesmenów. Teraz  Ruch Palikota zyskał 10% poparcia i w pewnym stopniu mnie ten dobry wynik ucieszył, choć nie głosowałem na niego. Pomyślałem: teraz Palikot da popalić wszystkim tym moherom, bogoojczyźnianym dewotom, którzy robią sobie faszystowskie pochody i podżegają do nienawiści. Janusz Palikot to przecież inteligentny człowiek ze specyficznym stylem bycia. Liczni moi znajomi poparli Palikota czy nawet wstąpili do jego partii i są to świetni ludzie, którym życzę sukcesu. Jest jednak parę problemów: 1) czy Palikot to lewica - dla mnie nie 2) jaka będzie przyszłość tej partii? Hmmm... wydaje mi się, że niestety widać tu pewne podobieństwa do partii efemerycznych jak Samoobrona czy Liga Polskich Rodzin. W pewnym stopniu Ruch Palikota jest taką Ligą Polskich Rodzin à rebours i ma się do LPR  tak jak "Fronda" do "Faktów i Mitów". 3) choć większość postulatów Palikota uważam za godne poparcia, to jednak zdaję sobie sprawę, że większość głosów zyskał Ruch Palikota dzięki młodym wyborcom, często nastolatkom, którzy zagłosowali na niego dlatego że chcą sobie zajarać marychę albo dlatego, że wkurzyli się na KRK, a nie dlatego, że mają poglądy lewicowe. Ta słodko-gorzko mozaika różnych idei z bezideowością nie będzie stanowiła dobrych fundamentów do zbudowania nowej partii. 


Nie zdziwię się, jeśli za pięć lat Janusz Palikot spotka się w studio telewizyjnym na kawie z mecenasem Giertychem,  który przecież bardzo się zmienił od czasów, kiedy był szefem ultraprawicowej partyjki. Janusz Palikot tez przecież zmienił się od czasów, kiedy był wydawcą "Ozonu"  - ultraprawicowego pisma podobnego do "Frondy". Mimo wszystko, trochę  mnie cieszy, że Palikot ma dobrą reprezentację w Sejmie, bo może mu się uda coś logicznego przepchać, np. ustawę o związkach partnerskich czy zdeklerykalizować szkołę. A co będzie dalej - pożyjemy, zobaczymy... 

sobota, 29 października 2011

Siedzenie okrakiem na barykadzie

Zbliża się listopad. Wiadomo – to dla Polski „niebezpieczna pora”, bo to i odwiedziny na grobach bliskich, i rocznica odzyskania niepodległości, i rocznica powstania listopadowego. I będzie teraz ten Marsz Niepodległości organizowany przez różne grupy katolickie i nacjonalistyczne.

O tym, co to jest Marsz Niepodległości można sobie wystarczająco dużo poczytać i posłuchać w mediach, więc nie będę tego powtarzał. Wiadomo także, że organizacje lewicowe i lewackie chcą zablokować ten marsz, argumentując to tym, że nacjonalistyczna prawica ma poglądy faszystowskie, czy wręcz hitlerowskie.

Istotnie, neonaziści istnieją i w Polsce, i to oni najgłośniej krzyczą na takich narodowych (czy pseudonarodowych) imprezach. To nie oni jednak stanowią większość. Są tacy, którzy zaciskają zęby i z ledwością tolerują ich obecność w jednym marszu. Są wreszcie tacy, którzy nie idą na taki marsz, ponieważ został on upolityczniony i zohydzony przez obecność i ideologiczną dominację ekstremistów. I myślę, że tych, co chcieliby pójść, ale nie pójdą, jest całkiem dużo. To spora grupa wykluczonych i uświadomiłem sobie, że do nich się zaliczam.

Przykład: kiedyś w pewnym mieście zauważyłem niewielką demonstrację przeciw pazerności Kościoła katolickiego, który wyłudził od miasta nieruchomości i dostał je za psie pieniądze. Przekręty KRK były oczywiste i karygodne, znałem je z nowinek prasowych, a więc byłem gotów przyłączyć się nawet do demonstracji. Ale gdy podszedłem i usłyszałem przez megafon oprócz oczywistych zarzutów w stronę KRK, także ślepą nienawiść do wszystkiego co nie jest antyreligijne, kiedy zorientowałem się, że mam do czynienia nie z ludźmi, oburzonymi na pazerność KRK, ale z jakąś radykalną grupą wojujących ateistów, którzy wyskakiwali z pretensjami nawet o to, że częściowo z pieniędzy miejskich zostały wyremontowane zabytki sakralne (jakby nie wiedzieli, że psim obowiązkiem urzędasów jest pamiętać o finansowaniu dziedzictwa narodowego) – wtedy odwróciłem się z niechęcią i stwierdziłem, że w tej grupie się nie odnajduję.

A tu mamy sytuację odwrotną. Na Marsz Niepodległości może bym i chciał pójść – przecież to święto narodowe, jeszcze moja nieżyjąca już babcia wywieszała co roku wtedy flagę. Nie chcę się odwracać od wartości patriotycznych – ale muszę się odwrócić od pseudowartości nacjonalistycznych, neonazistowskich, rasistowskich, ultrakatolickich. Jednak jest to niemożliwe – albo stajesz po stronie rozmodlonych moherów i nazioli, albo nakładasz koszulkę z podobizną Che Guevary i zmieniasz się w anarcholewaka. Tertium non datur.

I z tego powodu troszkę robi się smutno – choć niektórych i bez tego dopada jesienna depresja. Po prostu odkryłem smutne prawdy – że gej, niebędący anarcholewakiem, może być wykluczony, podobnie jak wykluczony może być gej, niebędący ateistą, albo gej niepopierający bezdyskusyjnie aborcji na życzenie. Nie podoba mi się zaangażowanie KPH (organizacji z którą  w dużym stopniu się utożsamiam) blokadę Marszu Niepodległości, bo to może się zmienić w uliczną zadymę. Dlatego, aby zachować fason muszę powiedzieć: umywam ręce –  to nie mój cyrk, nie moje małpy. Ale odbije się to na naszych interesach wtedy, gdy naziole i mohery rzucą się na naszą Paradę Równości i będą chcieli ją spacyfikować albo potraktują naszych ludzi ostro kamieniami. A na tym nam przecież nie zależy.

piątek, 30 września 2011

Księże Biskupie, w krzyżu mnie łupie!

Za kilkanaście godzin ruszy Marsz Równości. Żałuję, że nie będę mógł w nim tym razem przejść, ale tak czy owak jestem duchowo z Marszem i życzę owocnego przejścia (niech nas zobaczą!). Problemem jest to, że tego samego dnia (nieprzypadkowo przecież) swoją manifestację zgłosili neonaziści i kibole, ale miejmy nadzieję, że kordon policji oddzieli nasz Marsz od homofobicznych ekscesów.
Pojawiło się już sporo artykułów przedmarszowych, napisano trochę felietonów, podań, listów otwartych. Można wśród nich znaleźć trochę kawałków pozytywnych jak i obojętnych, albo też przepełnionych dewocyjną histerią i hipokryzją. Takim jest list zgorszonych i przerażonych katolików wrocławskich, którzy piszą list do swojego księdza arcybiskupa. Został on umieszczony w artykule w mmwrocław.
Oto fragment:

Czcigodny Księże Arcybiskupie

Zwracam się pokornie z gorącą prośbą o pomoc i wsparcie w obliczu wydarzeń wołających o pomstę do nieba, które to już niebawem (30 września – 2 października) będą miały miejsce we Wrocławiu.

Od kilku lat w tym mieście urządzane są festiwale promujące dewiacje seksualne w przestrzeni publicznej. W tym roku po raz drugi pod nazwą „Festiwalu Równych Praw”, zostanie zorganizowany cykl imprez promujących zachowania homoseksualne, których głównym wydarzeniem – przy tym najbardziej szkodliwym będzie tzw. Marsz Równości, który 1 października bieżącego roku przejdzie przez najbardziej uczęszczane i reprezentacyjne ulice miasta
. (...)



i dalej (zakończenie listu):

Czcigodny Księże Arcybiskupie, tego typu haniebne wydarzenia, jako grzechy wołające o pomstę do nieba, domagają się publicznego wynagrodzenia i zadośćuczynienia Bogu. Nie mogąc liczyć na pomoc ze strony władz miasta, zwracam się do Waszej Ekscelencji z prośbą o podjęcie stosownych działań, w które, jako wierni katolicy, będziemy mogli się włączyć.

Z wyrazami synowskiego oddania i czci oraz zapewnieniem o modlitwie.

Ciekawie byłoby przeanalizować ten bełkot z punktu widzenia językoznawczego, ale chyba sobie odpuszczę.
Jednak jestem ciekaw jak długo jeszcze będzie trwało w naszym kraju bogobojne podgrzewanie tego sosu religianckiej obłudy, którym polewa się przy odpowiednich okazjach śmierdzące nienawiścią i pogardą emocje. To emocje najbardziej prymitywne i złe – to one przyniosły światu stosy i obozy koncentracyjne. Ale pytanie zasadnicze jest dość banalne i  brzmi tak – co biskup ma z tym listem zrobić?
Ciężka sprawa. Jeśli biskup jest światły (takich w Polsce w KRK prawie nie ma), to musi wytłumaczyć wiernym, że są w błędzie, że Kościół wprawdzie potępia czyny homoseksualne, ale nie potępia zwykłych grzesznych ludzi i nie gardzi nimi. Tak czy owak biskup musi się liczyć z nauczaniem kościelnym na ten temat i nie wolno mu mieć innego zdania na ten temat, bo to już zostało powiedziane w Prawie Kanonicznym i encyklikach.
Jeśli biskup jest betonowy i radiomaryjny, to po prostu zgadza się z listem swoich fundamentalistycznych wiernych, mówi na kazaniu, że geje i lesbijki to zboczeńcy skazani na potępienie, albo że trzeba ich wymordować (trafiały się pojedyncze tego typu wypowiedzi osób, które widocznie czują, że zabijanie byłoby dla nich frajdą).  Ale co poza tym?
Właśnie. Co poza tym ksiądz (arcy)biskup może zrobić, żeby zapobiec Marszowi Równości? Nic. Użalić się papieżowi? Papież ma swoje kłopoty w centrali, nie przyniesie rozwiązania. Pogrozić jawnie politykom? To może było dobre 20 lat temu, dzisiaj by miał przesrane. Dać jakąś receptę w stylu: odmawiajmy godzinki i litanię za nawrócenie gejów? Ostatecznie to, ale efekty będą raczej mierne.
Wpisałem to na forum artykułu – biskup ani Kościół Katolicki nie są stroną w tej sprawie. Biskup nie wyznacza ani nie zatwierdza tras manifestacji, ani też nie organizuje dla nich ochrony. List jest idiotyczny, bo prosi o „pomoc” faceta, który nie ma tu żadnych kompetencji. Równie dobrze do biskupa mogłyby wysłać podanie o pomoc np. osoby mające alergię na pyłki. Osoby które zwracają się do biskupa jak do człowieka, który może zesłać niby deus ex machina lek na całe zło świata tego, powinni zwrócić się nie tyle do biskupa, co do psychologa, a może i psychiatry. Zwłaszcza, że konkretnie nie chodzi tu o zło, ale o zło urojone, wywołane nienawiścią do swoich bliźnich. Na to przydałaby się dobra terapia wstrząsowa. 

poniedziałek, 26 września 2011

Przepraszam cię, dewiancie...

Ostatnia trochę lokalna (i nie z mojego regionu) informacja o homofobii wśród radnych dochodzi do informacji dzięki procesowi Przemysława Szczepłockiego przeciwko homofobicznemu radomskiemu radnemu z PiS, Sławomirowi Adamcowi i prezydentowi Radomia, Ryszardowi Fałkowi. (o tym tutaj i tutaj).

Jak zwykle czynią homofobi, zarówno Fałek jak i Adamiec, uciekają się do żałosnych gadek typu: „ale ja nie chciałem nikogo urazić, jak uraziłem, to przepraszam” albo „ale ja nie wiedziałem, że homoseksualizm już nie jest uznawany za dewiację – przepraszam za to, że nie wiedziałem, ale nie mogę odwołać swoich poglądów”. To brzmi trochę jak przeprosiny neonazisty w stylu „przepraszam, że nie wiedziałem, że Żydzi nie są już podludźmi,  ale nie mogę odwołać swoich poglądów”.

Ekstremiści ultrakatoliccy (a tak naprawdę: pseudokatoliccy)  twierdzą oczywiście, że nie chcemy ugody, że chcemy kłótni, a nie kompromisu. A o jakim kompromisie można tu mówić? Ewidentne chamstwo, z jakim mamy tu do czynienia, wymaga przeprosin i przyznania się do fałszywości własnych poglądów. Inaczej przeprosiny nie są nic warte. Jeśli bezpodstawnie nazwę pana X przestępcą, to dla dokonania przeprosin będę musiał powiedzieć, że moje przekonania były fałszywe, a nie rzucić tekścik „przepraszam, jeśli to kogoś uraziło, ale dalej będę mówił, że pan X  jest przestępcą, bo przecież nie będę odwoływał swoich poglądów.

Kompromis i ugoda to rzeczy bardzo w życiu potrzebne. Popełniamy błędy (często paskudne, pod wpływem emocji i zacietrzewienia) niezależnie od orientacji czy światopoglądu. Ale jeśli ktoś nam pluje w twarz to nie możemy się zgodzić, że ktoś nas przeprosi tylko za to, że poczuliśmy się jako opluci niekomfortowo, natomiast za sam czyn oplucia nie będzie przepraszał, bo on nie ma zamiaru się z tego wycofywać. Dlatego trzymam kciuki za Przemka Szczepłockiego w tym procesie. 

środa, 3 sierpnia 2011

Homo nieedukatus, czyli o nieuctwie profesorów

Chciałem już dawno się odnieść do pewnego problemu, który zauważyłem wśród polskich homofobów. Chodzi o językowe nieuctwo. Samo nieuctwo u nieuków nie jest niczym dziwnym, ale nieuctwo podszyte naukowością należy już skomentować.

Chodzi o słowo homofobia. Oczywiście, nie wszystkim się ono podoba – to znaczy nie podoba się homofobom. Kpią sobie z tego słowa, mówią, że to nie jest żadna fobia, bo fobia to jest chorobliwy lęk, a tu nikt się niczego nie boi, tylko „normalni” oceniają „nienormalnych” (czytaj: nienawidzą tych, którzy są inni). Niektórzy posuwają się dalej i nienawidzą tych „normalnych” (czyli osób hetero), którzy nie mają nic przeciwko związkom jednopłciowym i nie piętnują gejów i lesbijek.

Wróćmy jednak do samego słowa homofobia. Wielokrotnie czytałem wypowiedzi na temat tego słowa, które je wyśmiewały. Zacytuję dwie – dwóch panów profesorów. Prof. Stefan Niesiołowski i prof. Aleksander Nalaskowski. Oto fragmenty:

Co to znaczy homofob? Anty gatunkowi homo sapiens? Protestuję przeciw zaanektowaniu tego wspaniałego przedrostka "homo" przez gejów - rozpoczął Stefan Niesiołowski - Czy homofob znaczy, że ktoś nie lubi ludzi? (Gazeta Wyborcza)

i dalej – prof. Aleksander Nalaskowski:

Szermowano jednak na wszystkie strony określeniem „homofobia” czy „homofob”. Leksykalnie „homo” to człowiek, „fobia” to lęk. Zrobiono zatem ze mnie osobnika bojącego się ludzi. Jak rozumiem ludźmi są jedynie homoseksualiści. Bo to ich wedle moich sędziów się boję czy może nawet nie lubię. (Fronda)

Otóż na co chciałem zwrócić uwagę – obu szacownych wykładowców nie zna etymologii tego słowa i obaj próbują stworzyć sobie etymologię ludową słów homofobia (czy może i homoseksualizm). A powinni wiedzieć, żeby się zupełnie nie ośmieszać, że to słowo nie pochodzi od łacińskiego homo – człowiek, tylko od greckiego słowa homoios – 'podobny, taki sam'. Nie z łaciny, ale z greki, drodzy panowie. Z łaciny (ze słowem homo - człowiek) to pochodzą sentencje takie jak homo sum et nihil humani a me alienum puto – człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce albo i homo homini lupus est – człowiek człowiekowi wilkiem.

Moim zdaniem, przedrostki ze starożytnej greki tak bardzo zadomowiły się w językach europejskich, że powinno się wiedzieć o ich pochodzeniu. Ja wiem od podstawówki, że słowa takie jak: homologiczny, homonimia, homogenizowany, homofonia czy wreszcie homoseksualizm i owa nieszczęsna homofobia – nie pochodzą od łacińskiego homo, tylko od greckiego homoios.  Ale aż mi się nie chce wierzyć, żeby entomolog prof. Niesiołowski mówiąc o narządach homologicznych (jak np. skrzydła u chrząszcza i skrzydła u komara) myślał, że te owadzie skrzydełka miały coś z człowieka. Trzeba się czasem zastanowić, zanim się coś powie, bo inaczej pan profesor stwierdzi, że serek homogenizowany jest zrobiony z genów człowieka.

Ale już zupełnie łapy opadają, jak jeszcze po tym wszystkim przeczyta się jakiegoś domorosłego dziennikarza w internecie, który pisze, chce dowieść, że nie ma czegoś takiego jak homofonia (!), bo to wymysł pedałów. Otóż wciąż z przerażeniem zauważam, że jest tyle bęcwałów, którzy mylą słowa homofobia i homofonia i nie znają znaczenia żadnego z nich. Dla nich nienawiść dla osób homoseksualnych i faktura muzyczna homofoniczna (w której melodia jest prowadzona w jednym i tym samym głosie, w przeciwieństwie do polifonii) – to jedno i to samo.

sobota, 23 lipca 2011

O fundamentalizmie słów kilka

Długo nie pisałem, nie jestem widocznie urodzonym blogerem. Czasem za dużo roboty w sprawach własnych, czasem wyjazd. Jest się czym wymigać. Mimo wszystko do swojego bloga jednak chcę wracać.

Dziś po wczorajszym zbiorowym morderstwie w Norwegii nie sposób nie poruszyć tego tematu. Okazało się, że – wbrew początkowym przypuszczeniom – to nie organizacja fanatycznych islamistów, ale rdzenny Norweg stoi za tymi zamachami. Oczywiście pewnie dowiemy się z mediów znacznie więcej, ale wiadomo, że to on strzelał z kałacha do nastolatków na obozie młodzieżowym lewicowej Partii Pracy.

Nie ma sensu rozwodzić się nad zagadnieniami, które zostaną przemielone wielokrotnie w mediach. Więc ja teraz zadam pytanie, które najbardziej mnie nurtuje: cui bono? Kto zyska przez tę ohydną zbrodnię? Komu przybędzie zwolenników, komu się polepszą wyniki w wyborach? Na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Sam ten zamach nie ma jakiegoś celu, chyba że celem jest mordowanie samo w sobie. Skoro morderca był rasistą, nazistą i antyislamistą, to logiczne byłoby, gdyby np. zaatakował meczet. A tu zaatakował własnych rodaków.

Ultraprawica (którą reprezentował morderca) jak i ultralewica są jednakowym złem. Obie są na szczęście marginesem polityki i nie wchodzą do parlamentu zarówno w Polsce jak i w Norwegii. Partia Pracy jest normalną partią socjaldemokratyczną, która pragnie dialogu i tolerancji, więc może wzbudzać nienawiść zarówno ultralewaków, jak i ultraprawaków. Zostać zamordowanym przez Czerwone Brygady czy przez neonazistę – taka sama wątpliwa przyjemność. Podobnie niebezpieczny jest fundamentalizm religijny (czy też fundamentalizm antyreligijny, będący właściwie też pewną religią). Fundamentalizm religijny nie jest tożsamy z prawicą, choć zwykło go się tak przedstawiać na polskim rydzykoidalnym podwórku.

I wreszcie przynajmniej jedna dobra wiadomość z dnia wczorajszego: suspendowany został jeden z najgroźniejszych fundamentalistów religijnych w Polsce, ks. Piotr Natanek. Albo teraz okaże pokorę wobec Kurii, albo dokona schizmy i założy fundamentalistyczną sektę. On też nawołuje – literalnie –  do zabójstw i nienawiści. Jeśli mówi, że o artyście, który sparafrazował wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej na okładce Polityki, że „trzeba mu głowę obciąć”, to nie powinno się obok tego jątrzyciela i oszołoma przechodzić obojętnie.

Natanek w pewien sposób uczy się od fundamentalistów islamskich. Zamachowiec (czy zamachowcy) z Norwegii też przejął w pewnym stopniu taktykę Bin Ladena. Jeszcze 10 lat temu mieliśmy wrażenie, że po zamachu 11 września mamy zagrożenie tylko zewnętrzne – ze strony świata fundamentalistów islamskich. Teraz widzimy, że terroryści i skrajniacy są wśród nas. Nie bądźmy obojętni na ich wybryki, niezależnie od tego czy w mowie nienawiści któryś świr chce palić na stosach gejów, a inny wzywa, aby podpalać kościoły i mordować księży. 

Róbmy swoje. Może będzie lepiej. 

środa, 29 czerwca 2011

W sezonie ogórkowym - o odbieraniu dzieci panu T. i bezpłciowym przedszkolu


Świeci słońce, chciałoby się dokądś wybyć. Przyjdzie na to pora niedługo. Tymczasem wszystkie moje sprawy, związane z pewnymi formalnościami, biurokracją i lataniem po różnych miejscach potraktuję jako osobiste i zostawię je dla siebie, bo zresztą nic w nich ciekawego nie ma.

Przeglądam  media. Z jednej strony grzmi Rydzyk, grzmi Terlikowski,  wciąż przerażony, że znowu ktoś mu zabierze dzieci. To już jakaś fobia, ale trudno. Z drugiej Krytyka polityczna, która pisze rzeczy czasem świetne, czasem przeciętne, ale z którą w dużej części się zgadzam (a nie zgadzam się z Terlikowskim). Terlikowski musiał oczywiście ostro zareagować na zbiór felietonów pt. Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu autora podpisującego się Jaś Kapela.

Mała uwaga w kwestii imienia i stylistyki językowej. Któryś z forumowiczów na „Frondzie” retorycznie zapytuje: czego oczekiwać po faceciku z zapadniętą klatą, który nazywa siebie „Jasiem. I otóż to. Tak już jest, proszę państwa. Forma imienia i wszelkie jego diminutiva mają duże znaczenie. Jeśli ktoś podpisuje się Jaś, Wojtuś, Tomuś – to znaczy że jest dzieciuchem i smarkaczem i tak będzie się go traktować. O wiele lepsza jest forma typu Janek, Wojtek, Tomek, odbierana jako towarzyska wersja imienia, forma kumplowska, otwarta, choć raczej nie oficjalna – taką jest pełna forma imienia. O tym również trzeba pamiętać – o języku, stylistyce, o konkretach, jakie chcemy wyrazić. Jeśli chcemy walczyć na słowa z homofobiczną histerią Terlikowskiego, to musimy być traktowani poważnie. Niepoważni z góry skazani są na wyśmianie.
Co do języka – opcja Terlikowskiego ma  jeszcze jedną nową oręż przeciw nam, co może tylko zniechęcić do związków partnerskich i zaostrzyć postawy homofobiczne. Otóż w jednym ze sztokholmskich przedszkoli zdecydowano się wychowywać dzieci, usuwając ze słownika rozróżnienie słów „on” i „ona” i udając, że płeć nie istnieje. Jak czytamy:

 Pierwszy raz przedszkole zdecydowało się na usunięcie słówek oznaczających płci (w Szwecji „han” i „hon”) jednym, neutralnym słowem "hen". Słówko "hen" nie istnieje w słowniku szwedzkim, ale jest czasem używane przez środowiska feministyczne i homoseksualne.

Uważam, że jest to głupie i tylko może nasilić homofobię w Europie – bo pewnie przykład ten będzie jeszcze wiele razy wymieniany jako dowód „homoterroru”. A tak naprawdę to edukacja przeciwdziałająca homofobii nijak się ma do nauczania przedszkolnego, kiedy dzieciaki nie mają zielonego pojęcia choćby jaką będą miały orientację seksualną. Ta edukacja powinna się rozpocząć o wiele później i pedagodzy już chyba wiele razy o tym mówili. Poza tym można się obawiać pewnego wyalienowania (jeśli nie gettoizacji) dzieciaków, które pójdą do szkoły powszechnej z przedszkola, które nie nauczyło ich nawet odróżniania chłopca od dziewczynki.

Tak to jest – niestety, jeśli queerowi oszołomi będą rozpowszechniać swoją obłędną ideologię, to na nas, zwykłych gejów i zwykłe lesbijki spadnie od razu odium „zboków”, „nienormalnych” itp.  Już tak się zresztą stało, inwektywy na forach się posypały. Dlatego odcinam się zdecydowanie od takich działań, o których wiem, że 1) nie przyspieszą przyjęcia ustawy o związkach partnerskich i innych prawnych rozwiązań dla osób homoseksualnych, 2) spowodują wzrost niechęci społeczeństwa, powstawanie nowych stereotypów, a co za tym idzie wzrost homofobii, 3) dadzą oręż czołowym homofobom, którzy będą nam przypisywać ideologię, która nie ma z nami nic wspólnego, 4) spowodują gettoizację osób homoseksualnych od społeczeństwa, czego sobie zdecydowanie nie życzę, bo czuję się integralną częścią społeczeństwa i chcę, żeby ono nas  zaakceptowało (a nie żeby traktowało nas jak dziwolągi [queer] czy coś obcego).

No cóż.... Queer to nie mój cyrk i nie moje małpy, ale niestety bywam z tym kojarzony. Róbmy swoje. Dla poprawienia nastroju posłucham sobie allemandy Valentina Haussmanna.  

wtorek, 14 czerwca 2011

W dzień parady - luźne impresje

Poprzedniego dnia dotarłem do Wawy i zapowiadało się, że będzie zimno i deszczowo, a ja w przyjechałem krótkim rękawku. Ale już w sobotę rano nie było tak źle. Mdławe słonko sączyło się znad dachów kamienic. Tam, gdzie poprzedniego dnia odbywał się miesiącznicowy sabat kaczystów smoleńskich, w sobotę już było spokojnie. Na Krakowskim Przedmieściu odbywał się dzień spółdzielczości i w związku z tym na części ulicy było porozstawianych sporo straganów, gdzie można było kupić np. rękodzieło ludowe, kiełbasy z gospodarstw ekologicznych, kwas chlebowy z Podlasia i ceramikę bolesławiecką. Słowem mydło i powidło.

Musiałem zjeść coś pożywnego przed paradą, a niekoniecznie chciało mi się płacić frycowe na Krakowskiem, więc poszedłem w stronę dworca Śródmieście. Jeszcze rok temu była tam knajpa ze smacznym jedzeniem wietnamskim w przystępnych cenach. Ale teraz patrzę – knajpy nie ma. Czyżby Wietnamczycy uciekli z Warszawy? Dawniej tanich knajp wietnamskich w Wawie była masa i zawsze chodziłem tam na sajgonki z bukietem warzyw albo na cielęcinę w pięciu smakach z grzybami mun. Teraz próżno szukać.

Natomiast warszawskiej żulerii w okolicach dworców Centralnego i Śródmieścia wciąż jest pełno. Spaceruję sobie w tych okolicach, w centrum naszej stolicy, widzę z daleka skrzące się dachy Złotych Tarasów, a tu patrzę – na ławce leży menel, pijany w sztok, jedna noga mu zwisa, w ręku ledwie trzyma ściśniętą puszkę po piwie.

Z tym Dworcem Śródmieście to miałem kiedyś taką przygodę parę lat temu. Jechałem do kolegi do Sulejówka i czekałem na pociąg. Chcąc wyrzucić jakieś śmieci zacząłem gorączkowo szukać kosza na śmieci. No i zauważyłem, że wszystkie kosze usunięto. Podszedłem do jednego z robotników i pytam co się dzieje. Okazało się, że stare kosze (stojące, metalowe) zamieniają na nowe (zawieszane na słupku). Ale po co? Stare były jeszcze funkcjonalne. Pracownik spojrzał na mnie znacząco i powiedział: „Ach… wie pan…  no po prostu oni tu przychodzą i … no, po prostu zwyczajnie paskudzą do tych koszy”.  Zrozumiałem wtedy, że do koszy na słupkach pod przykrywką trudniej będzie się zdefekować menelom. Będą to robili bezpośrednio na peron czy na chodnik. A obok zainstaluje się automat z torebkami do gówien i będzie wszystko w porządku.

Po tych niezbyt miłych wrażeniach poszedłem w podziemia Dworca Centralnego, zaspokoiłem uczucie głodu i ruszyłem z buta na Wiejską. Po dwunastej była dopiero tylko grupa organizacyjna, ale powoli paradowicze zaczęli się schodzić. Było coraz więcej policji. Z drugiej strony zebrała się grupa nacjonalfaszystów.


Parada miała opóźnienie. Trzeba było zresztą zacząć stacjonarnie, bo było parę przemówień, o których zresztą w mediach szybko coś napisano. Ucieszyło mnie, że poseł Kalisz tak angażuje się w ustawę o związkach partnerskich. Trzymam go za słowo.

Dobrym pomysłem było otwarcie Parady hymnem narodowym. My też mamy prawo do bycia Polakami, a więc nie możemy pozwolić, żeby monopol na symbolikę narodową przywłaszczyli sobie nacjonalfaszyści. Tu jest Polska – i mamy do tego prawo. Zresztą ktoś niósł tęczowe hasło Tu jest Polska – i bardzo dobrze.

Na szczęście hasło informujące o tym, że ŻĄDAMY USTAWY O ZWIĄZKACH PARTNERSKICH było najsilniej brzmiącym również na tej paradzie. I tak powinno być. W tym celu przyjechałem na paradę. Były chyba ze trzy wielkie transparenty, na których widniało to hasło. Przyłączyłem się do niesienia jednego z nich.

Zostało puszczone głośne techno, którego nie znoszę, ale trudno – pomyślałem – wytrzymam. Szkoda tylko, że nie kupiłem przedtem stoperów do uszu. Parada ruszyła. Hałas zresztą na początku się przydał bo zagłuszał krzyki ze strony nacjonalfaszystów (NOP, Młodzież Wszechpolska).

Trzymając transparent odczuwałem satysfakcję. Ludzi było dużo, ludzi różnych – ale w końcu walczymy za wspólną sprawę. Chodzi o prawa dla par homo, niedyskryminację, walkę z homofobią. Chodzi też o prawa dla transseksualistów. O walką z mową nienawiści.

Słońce zaczęło świecić mocniej i trochę nawet się opaliłem. Nie było jednak takiego skwaru, jak rok temu. Z platform przemawiali politycy i aktywiści. Przeciwników Parady praktycznie nie było widać. Po drodze widziałem tylko jedno rozbite jajko, incydentów nie było.

Weszliśmy na Marszałkowską. Przemówił jeszcze raz poseł Kalisz, po czym pożegnał się i zszedł z platformy. Ktoś mnie wymienił w trzymaniu transparentu. Zauważyłem parę znajomych twarzy z poprzednich parad, przywitałem się z kilkoma osobami, choć rozmawiać raczej było trudno. Komórka poruszyła się mi w kieszeni. Dostałem SMS od koleżanki ze Szczecina z pozdrowieniami  - zobaczyła mnie pewnie w mediach :-)

Parada docierała do końca. Została puszczona sympatyczna piosenka YMCA, znana jako „hymn gejowski”. Dotarliśmy na plac Bankowy. Jeszcze padło parę przyjemnych podziękowań w ostatnim przemówieniu, trochę oklasków i ludzie zaczęli się rozchodzić. Porozmawiałem z paroma znajomymi, z kimś wymieniłem telefon, z kimś się przywitałem czy pożegnałem.

Po paradzie byłem już trochę zrąbany tym łażeniem od rana, więc poszedłem szukać jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie można by posiedzieć i coś skonsumować. Poszedłem na Stare Miasto, ale tam drożyzna – więc wróciłem w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Na Starym Rynku zresztą było niezbyt przyjemnie dla geja, bo jakiś nawiedzony homofob wrzeszczał do przechodniów słowa: „Dziś się ludziom Słowo Boże głosić zabrania, a dewiantom pozwala się na robienie parad”. I dalej w tym stylu. Koło niego stał drugi facet, starszy i rozdawał jakieś ulotki. Prawie nikt na nich nie reagował.

Na Krakowskim Przedmieściu zauważyłem Krystiana Legierskiego wśród znajomych. Podszedłem, przywitałem się, zamieniłem parę słów – i oczywiście doniosłem warszawskiemu radnemu o homofobicznych wariatach na Starym Rynku :-)

Wtedy już na ostro zachciało mi się czegoś do zjedzenia –  na przykład chłodnika litewskiego, a potem kawy mrożonej z trzema gałkami lodów z polewą ajerkoniakową. Zjadłem, posiedziałem. Na wieczór byłem umówiony u mojej koleżanki, której urodziny wraz z jej siostrą mieliśmy świętować. Wszystko się udało. Parada była bez ekscesów. Nie wiem, czy frekwencja nie była poniżej naszych możliwości (według niektórych źródeł – 6000, według innych – 3000), jednak to, co pisze w Wyborczej  red. Piotr Pacewicz, uważam za zbyt malkontenckie, ale też po prostu nieprawdziwe. Na pewno jest lepiej, niż to sądzi redaktor Pacewicz - nie bądźmy takimi smutasami.

niedziela, 5 czerwca 2011

A jednak chyba pojadę na Paradę...

Pisałem już, że odechciało mi się pójścia na Paradę Równości. Rzeczywiście, z pewnych powodów odczuwam jakiś absmak. Organizatorzy Parady mają w głębokim poważaniu walkę o legalizację związków partnerskich, od bezideowości robi się aż mdło. Napisałem już o tym i nie wycofuję się z tego, co napisałem.

Ale chyba będę musiał się wycofać ogólnie z bojkotu i przestać być obrażonym. Tak czy owak muszę jechać w sprawach własnych do Warszawy w czerwcu, więc nie do pomyślenia jest to, żebym był w Warszawie np. w dzień po przejściu Parady. Muszę swój wyjazd skoordynować z Paradą. Nie może być inaczej.

Dlaczego nie może być inaczej? Ano z powodu zwykłej solidarności. Solidarności z gejami i lesbijkami, którzy przyjdą, tak jak ja, walczyć o równe prawa i niedyskryminację, walczyć o legalizację związków partnerskich. Również z solidarności z tymi naszymi kolegami hetero, którzy takich związków partnerskich chcą dla siebie i dlatego będą z nami szli w tej Paradzie. Albo z Solidarności z tymi, którzy widzą, że wolność żadnej jednostki ludzkiej nie może być krępowana, jeśli tylko nie przynosi szkody innym – i dlatego idą na Paradę.

Nasza wolność w postaci jednakowych praw nie przyniesie szkody innym. Po uchwaleniu ustawy o związkach partnerskich czy nawet o małżeństwach jednopłciowych krowy nie przestaną dawać mleka, pomidory nie zrobią się niebieskie, żony w długoletnich małżeństwach nie powiedzą mężom, że są lesbijkami, a mężowie żonom, że są gejami. Wszystko będzie tak jak było do tej pory, tyle że my przestaniemy (przynajmniej częściowo) być ludźmi drugiej kategorii.

W to nie wierzy cały beton homofobicznych fundamentalistów, którzy od razu po rozpoczęciu debaty publicznej na temat związków partnerskich, rozpoczęli w swoich niszowych mediach kampanię nienawiści i obrażania mniejszości seksualnych. W większości są to tzw. „obrońcy rodziny” i fundamentaliści religijny. Z tym, że to jest już religia nie tyle mówiąca o Bogu, co religia majtkowa, gdzie wszystko obraca się wokół seksu. Do tego dochodzi pycha, buta,  chamstwo oraz bycie bardziej papieskim od papieża. 

Takich wrednych artykulików, pełnych homofobicznego jazgotu, przeradzającego się w swoistą histerię, napisano w ostatnim tygodniu sporo. Przoduje w tym „Fronda” Terlikowskiego i parę innych fundamentalistycznych portali. Pełno w nich pogardy dla bliźnich, więc nie można ich raczej nazwać chrześcijańskimi. To – jak powiedziałem – religia polegająca na jakiejś obsesyjnej chęci odgórnego kontrolowania ludzkiej seksualności.

I właśnie takie podłe czasem artykuliki i wpisy z fundamentalistycznych gadzinówek, skłoniły mnie jednak, żeby nie wycofywać się z pojechania na Paradę. Mimo wewnętrznych sporów w środowisku gejowsko-lesbijskim, mimo nieudacznictwa i bezideowości organizatorów – pojadę. Zwłaszcza, że w Warszawie i tak muszę niedługo być. Fundamentaliści, możecie więc być zadowoleni, że integrujecie homo-środowisko. Nas będzie więcej, zresztą sondaże pokazują, że coraz mniej osób uważa, że im przeszkadzamy, albo jesteśmy czymś gorszącym.

Na koniec chciałem przypomnieć słowa abp. Desmonda Tutu: „Gdyby Pan Bóg był homofobem, nie oddawałbym Mu czci”

I ja wielebnego abp. Desmonda Tutu rozumiem doskonale... Bóg nie jest pełen nienawiści. Jest doskonały, w odróżnieniu od ociekających śliną nienawiści wściekłych piesków z Frondy. 

***

A oto pieśń dziękczynna (niem. Nun danket alle Gott) z 1630, sławna do dziś i żywa w kościołach nie tylko luterańskich

Dziękujmy Bogu wraz,
I sercem i ustami,
Bo wielkość Jego spraw
Ujawnia się nad nami.

Oto jak Bach mistrzowsko wykorzystał temat tego popularnego chorału luterańskiego w swojej fantazji organowej:



I to jest piękne. 

środa, 1 czerwca 2011

Kazus posła Węgrzyna

Ostatnio został wyrzucony z PO poseł Robert Węgrzyn. Wykluczono go z partii za głupi sztubacki żart. Zapytany o legalizację związków partnerskich powiedział: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Dodał: - „Natura ludzka i człowiek jest tak skonstruowany, że powinien żyć w związku partnerskim zgodnie z naturą właśnie, to jest pogwałcenie praw natury”. Dopytywany o tych, którzy „chcą inaczej”, odparł: „To jest jego problem, ale niech się z tym nie obnosi”...

Wypowiedź niewątpliwie homofobiczna, ale czy nie za dużo było wokół tego wszystkiego zamieszania?  Zwróćmy uwagę, że powtarzano najczęściej pierwszą część jego wypowiedzi „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”, niby dowcipną, ale tak naprawdę świadczącą o dojrzałości emocjonalnej posła na poziomie gimnazjalisty, więc raczej zasługującą na zignorowanie niż na uwagę. Natomiast mało zwracało się uwagę na dalszą część wypowiedzi, która była jednak obraźliwa, skoro Węgrzyn mówił w niej o związku jednopłciowym jako o „pogwałceniu praw natury”. No i właśnie: czy byłoby tyle krzyku, gdyby tylko druga (bardziej homofobiczna) część jego wypowiedzi została wypowiedziana publicznie?   

Poseł Węgrzyn jest przykładem osobowości sztubackiej, więc jestem gotów puścić te jego głupoty mimo uszu i  nie mam do niego większych pretensji ani nie podałbym go do sądu. Wręcz przeciwnie, wolałbym, żeby nie wykluczano go z partii, starczy upomnienie. Zresztą sam nie pierwszy raz się skompromitował. Ale teraz poseł Węgrzyn stał się męczennikiem heteronormy, doświadczonym przez spisek nienormalnego, wszechobecnego homolobby. 

Czy to jest dobrze dla nas? Myślę, że nie. Potępianie homofobii posła Węgrzyna to zamachiwanie się z maczugą na muchę. Tymczasem naprawdę homofobiczne wypowiedzi posłów takich jak Gowin czy Niesiołowski przechodzą gdzieś bokiem, mimo uszu. Ich się toleruje, natomiast po szczeniacku szczerą  wypowiedź kogoś, kto przyznaje się, że  podnieca go bardziej patrzenie na lesbijki niż na gejów – uznaje się za kamień obrazy. 

Teraz po tym wszystkim poseł Węgrzyn może on stać się naprawdę ostrym homofobem, podczas gdy dotychczas był tylko takim sobie lekko homofobicznym dowcipnisiem. Lepiej nie zajmujmy się polowaniem na muchy, bo to może być niebezpieczne i niezdrowe, a tylko zajmuje niepotrzebnie energię przydatną do walki z homofobią, której czasem nawet nie zauważamy, a która jest o wiele bardziej niebezpieczna niż kompromitująca wypowiedź posła-żartownisia. 

Graf Cagliostro

poniedziałek, 30 maja 2011

Bzdety pana Kalety

O ostatnich homofobicznych zajściach w Senacie pisano już wiele razy, więc nie będę tego powtarzał. Jednak zainspirowała mnie dzisiejsza rozmowa z senatorem Piotrem Kaletą (PiS) na TOK FM (Komentarze radia TOK FM).


To chodzi o tego pana, co wprowadził homofobiczną poprawkę do ustawy, zastrzegającą, że rodzinnego domu dziecka nie może być osoba orientacji homoseksualnej. Niby nic szczególnego, bo cała rozmowa niezbyt ciekawa, tak naprawdę powiedział to, co można było się po nim spodziewać. Mówił bzdury, chociaż nie po chamsku, starał się też udawać uprzejme zrozumienie sprawy, ale to raczej było wkurzające i żenujące. Mimo wszystko, znalazły się w tym nijakim przelewaniu wody takie kwiatki, które wytypowałem jako nominacje do comiesięcznego Złotego (a może i Kryształowego) Pisuaru.


Rodzina, to związek kobiety i mężczyzny. Tak ma być i tak pozostanie.

Rodzina jest tym miejscem, które najlepiej wyszło ludzkości. Ludzkości nic lepiej nie wyszło.

No tak – rzeczywiście ludzkości nic lepiej nie wyszło. Tylko że wielu zwierzakom też to wyszło. Są zwierzaki, które tworzą trwałe związki i opiekują się dziećmi. Np. bociany w gnieździe, które wychowują młode bocianiątka. Dużo przykładów można by dawać – może być rodzina foczek, rodzina pingwinów (ta nawet z tego co wiem czasem bywa homoseksualna). Rodzina australopiteków, pitekantropów czy neandertalczyków – też istniała. Czyżby NIC LEPIEJ ludzkości od tej pory nie wyszło? Czy dzieła geniuszu ludzkiego, osiągnięcia nauki, czy wreszcie społeczeństwo obywatelskie, którego nie mieli neandertalczycy i inne małpoludy – czy to wszystko jest zerem w porównaniu z RODZINĄ? Nie chcę tu deprecjonować wielkie roli rodziny, wysiłku rodziców, ich miłości, ale stawianie rodziny na piedestale, więcej: czynienie sobie z niej bałwana, jest czymś głęboko nieetycznym. Są rodziny wspaniałe, ale jest też mnóstwo rodzin patologicznych, rodzin, gdzie dokonuje się molestowanie, gwałt, przemoc. Po prostu idiotyczne jest, żeby WSZYSTKIE rodziny uznać z góry za rodziny idealne, jak to czyni wielu zwolenników i członków PiS-u. A pana Kaletę zachęciłbym o spytanie co sądzą na temat rodziny takie osoby jak Natascha Kampusch czy dzieci Josepha Fritzla.

I dalej: Jak będzie realizowana ustawa – spytał redaktor senatora Kaletę.

Możemy przewidzieć, że osoby homoseksualne niekoniecznie będą chciały być transparentne. Ale jeśli wójt / burmistrz / prezydent taka osobę będzie chciał zatrudnić, to musi pojawić się określona formuła, że: świadomy odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych oświadczeń itd. Ja sobie zdaję sprawę, że te osoby mogą nie powiedzieć prawdy. Ale nastąpi pewna weryfikacja, ponieważ dziecko idzie do szkoły, jest wśród swoich rówieśników. Jeśli nastąpi taki sygnał, chociażby właśnie ze szkoły, że dzieje się coś nie tak, co mogłoby budzić wątpliwości, to wtedy wójt/ prezydent/ burmistrz ma mechanizmy do tego, żeby to sprawdzić.

No i co wtedy? Pletyzmograf prąciowy? A jak ktoś powie, że nie jest orientacji homoseksualnej, tylko biseksualnej, to co wtedy?  O orientacji biseksualnej nie ma w ustawie ani w poprawkach do niej.

I jaka to weryfikacja wśród rówieśników? Kolega ze szkoły doniesie na Jasia do burmistrza, że jego mamusia jest lesbą albo że tatuś jest pedałem?  I nastąpi doniesienie do prokuratury? A wydawało mi się, że każdy ma prawo do nieujawniania spraw intymnych, takich jak choćby orientacja seksualna. Zresztą zwykle słychać pohukiwanie prawicowców typu „A co wy tak się obnosicie ze swoją orientacją”. Aż tu nagle okazuje się, że oni chcą wiedzieć, kto jest tej „złej” orientacji. Przepaski z różowymi trójkątami, noszone obowiązkowo w strefie publicznej rozwiązałyby tę sprawę. Czy nad tym też będziecie głosować?

Nie damy się. Liberalnemu Kalwinowi proponuję wypowiedź p. Kalety na nominację do Złotego PiSuaru. Pozdrowienia od Liberalnego Luteranina.