Wpadła mi w ręce książeczka z mało znanymi wierszami Daniela Naborowskiego pt. "Smaczny kąsek". Świetny barokowy poeta polski miał sporo humoru, również w sferze intymnej. Oczywiście trzeba pamiętać, że to siedemnastowieczna staropolszczyzna. Pewne rzeczy nawet niezbyt dobrze o nim świadczą, a słowa, których używa mogą w przyzwoitej sytuacji nie przejść przez gardło. Niektóre słowa dotrwały do dziś i oznaczają to samo. Niektóre oznaczają coś innego i łatwo się pomylić, jeszcze inne we współczesnej polszczyźnie już nie występują. Często używa Naborowski słowa kiep, które oznaczało po prostu pudendum muliebre - "kobiecą rzecz wstydliwą". Czyli dziś delikatnie rzecz ujmując, byłaby to cipa. A niedelikatnie - ech, nie chce mi się rozwijać tematu. Natomiast pudendum virile, czyli "męska rzecz wstydliwa", to pyje (zamiennie używane ze słowem jajca).
Zwrócił moją uwagę zagadkowy wiersz pt. Do Lesbijej. Czyżby Naborowski wyraził tu poetycko to, czego nie udało się wyrazić posłowi Robertowi Węgrzynowi? Oto tekst:
DO LESBIJEJ (Ex Oveno)
Jeśli, Lesbija moja, chcesz być zodyjakiem,
Ja słońcem niechaj będę i chodzę tym szlakiem.
Słońce raz w rok zodyjak przebiega na niebie,
Ja choć raz na każdą noc niech przebiegam ciebie.
Ciekaw jestem, co Lesbija owa odpowiedziała Naborowskiemu. Czy może poświęciła mu własny czterowiersz nabazgrany za kartce wyrwanej ze sztambucha? Czy może poszła do łóżka ze swoją kochanką i obie się śmiały z faceta hetero, który usiłuje zalecać się kobiet o innej orientacji seksualnej? Tego już chyba się nigdy nie dowiemy...
Następna ciekawostka - motywy transseksualne (a może bardziej interseksualne) w wierszach Naborowskiego. Weźmy taki wiersz:
DO JEDNEGO HERMAFRODYTY
Nie wiem, hermafrodytą przecz cię ludzie zową,
Jakobyś i mężczyzną był, i białogłową.
Ja z ciebie tych dwóch natur nie mogę wyłatać,
Chyba żebyś się miał dać na dwoje rozpłatać.
Atoli jednak powiem o tym zdanie moje:
Kiep-eś, a pyje nosisz, otoż masz oboje.
Co to pyje i co to kiep - wiemy już dobrze. Ale zadziwia mię to, że zdecydowanie preferujący kobiety Naborowski tak głęboko zastanawia się tu nad dwojaką płciowością istoty ludzkiej. Godne to uznania, nawet, jeśli czyni to w sposób cokolwiek rubaszny.
A teraz inny "smaczny kąsek" - tym razem dla heteroseksualistów. Pisces et mulieres in medio meliores- znaczy po polsku tyle co 'ryby i kobiety w środku najlepsze'. Słyszałem, że seks z kobietami nasuwa pewne skojarzenia zmysłowe z rybami - zapewne na to też chciał zwrócić uwagę Naborowski:
PISCES ET MULIERES
IN MEDIO MELIORES
Białogłowa i ryba smak swój w środku nosi,
Smaczne dzwono łososia, a co z kiepu Zosi?
Kto jako czapla przecież, niech się ma do ryby,
Ja jako wilk na mięso ważę bez pochyby.
O ile się nie mylę, to w żargonie heteroseksualistów (ale też i lesbijek) taki seks nazywa się "robienie minetki". :-)
Dużo dobrego zostawił nam nasz barokowy poeta, Daniel Naborowski. Jego umiejętność czerpania radości z życia zasługuje na uznanie, zwłaszcza, że żył w ciężkich czasach (1573 - 1640, więc wojna trzydziestoletnia, rokosze, pożogi). Wiedział, że jest potrzebne i coś dla ciała i coś dla ducha. Był protestantem, a konkretnie ewangelikiem reformowanym (kalwinistą). Widział obłudę kontrreformacyjnego katolicyzmu, atakującego innowierców w Polsce, ale zdawał sobie też sprawę z niedoskonałości człowieka (znane refleksyjne wiersze takie jak Krótkość żywota). W wierszu Błąd ludzki pisał:
Wszyscy święci ojcowie, co ich wonczas było,
Przez których prawdy słońce na świat się zjawiło,
Aż do Pawła świętego nie uczyli tego,
Żaden się nie poczytał za zgoła czystego.
Nie kazał, abyśmy się w jamy zamykali
Lub uczynki naszymi nieba dosięgali.
I tu chyba trzeba się z nim zgodzić...
niedziela, 1 stycznia 2012
sobota, 31 grudnia 2011
Kończy się rok jeden, drugi zaczyna.
Strzelanie za oknem przypomina mi, że dzisiaj ostatni dzień roku. Ludzie dostają jakiegoś amoku z tego powodu, a mnie raczej to zwisa. Owszem, wypiję szampana w towarzystwie i wzniosę toast o godz. 24.00. Może usłyszę parę fajnych kawałów, ewentualnie zjem tartinkę z kawiorem i sałatkę śledziową. I mam nadzieję, że będzie fajnie. Nie czuję jakiejś wewnętrznej motywacji, żeby wyrażać jakąś emocjonalną radość z powodu końca jednego i początku drugiego roku. Dlatego troszkę żal mi tych „entuzjastów”, którzy przy wystrzałach petardy stracą oko albo wylądują w szpitalu. Oczywiście nikomu tego nie życzę, ale to stało się w okresie tego „świętowania” normalką.
A wobec tego, że umówiliśmy się, jako ludzkość, że dziś nam się kończy kolejny rok, nasuwają się oczywiście pomysły na podsumowanie ubiegłego. Podsumowań takich mamy już na pęczki, bo wszystko zależy od tego, co podsumowujemy i z jakiego punktu widzenia. Oczywiście, najważniejsze rzeczy są wspólne – dość łatwo jest wskazać wydarzenia polityczne („arabska wiosna”) czy kataklizmy (trzęsienie ziemi w Japonii) które skupiły uwagę świata w upływającym roku.
Dla Polski ten rok był bardzo niejednoznaczny. Z jednej strony pojawia się światełko liberalizacji – Ruch Palikota wszedł do Sejmu, publicznie mówi się o ustawie o związkach partnerskich. Z drugiej strony – histeryczna nienawiść ze strony fanatyków religijnych i pseudopatriotów do wszelkiego liberalizmu i prób równouprawnienia (mniejszości narodowych, kobiet, mniejszości seksualnych itd.) doprowadziła do ogromnej polaryzacji i podziału społeczeństwa na dwie nienawidzące się grupy. Jeszcze parę lat temu podział był taki: grupa jedynozbawczych „prawdziwych Polaków” katolików kontra grupa racjonalistów i postmodernistycznych liberałów. Pierwsi w modlitewnym uniesieniu posyłali z nienawiścią swoich bliźnich do piekła, drudzy – kpili z zacietrzewienia, dyskutowali w racjonalny sposób, prowokowali. Tymczasem przez ostatnie kilka lat sytuacja się o tyle zmieniła, że już nie mamy układu histeryczne dewotki kontra postmodernistyczni racjonaliści. Dziś coraz bardziej nasila się podział: fanatycy religijni nienawidzący wszystkiego, co związane z liberalizmem kontra fanatycy antyreligijni, nienawidzący wszystkich, którzy są związani z religią. Dawniej jedna grupa była żałosna i anachroniczna, więc można było się z niej śmiać i popierać jej krytykę. Teraz obie grupy z nienawiścią skaczą sobie do gardła. I jeszcze jest pewna presja społeczna, aby poprzeć którąś ze skrajnych stron. Nie zrobię tego. Wiem, trochę się powtarzam, ale jestem też przerażony wizją Polski skrajnej i skłóconej. Żałosny Marsz Niepodległości i żałosna jego blokada pokazały jak może się to skończyć.
Kryzys na świecie trochę wydawałoby się usunął w cień niektóre plany liberalizacyjne – w Europie formalizację związków partnerskich w roku 2011 roku przeprowadził tylko Liechtenstein (w marcu), a Irlandia uchwaliła ustawę w 2010 roku, ale wprowadziła dopiero od stycznia 2011. Takie państwa jak Grecja, Włochy czy Polska pozostają jeszcze bez ustaw i chyba kryzys gospodarczy na to wpłynie negatywnie – kiedy ludzie nie mają kasy, żeby coś do garnka włożyć, to nie myślą o takich „głupotach” jak ustawa o związkach partnerskich.
Są też i pozytywne informacje, świat się zmienia. Nie wiadomo czasem wprawdzie, czy upadający dyktatorzy nie zostawią miejsca fanatykom religijnym, ale ci ostatni też muszą zmięknąć, bo inaczej czeka ich gniew ludu, który zaznał powiewu wolności. O istnieniu wolności też wykluczeni (geje, lesbijki, zieloni, feministki), zwłaszcza w państwach z fasadową demokracją i konserwatywnym społeczeństwem (Rosja, Ukraina, Białoruś, Serbia). Dziesięć lat temu siedzieliby cicho jak myszy pod miotłą, teraz już robią wiece równości albo happeningi (choćby słynne ukraińskie feministki z FEMEN-u).
Jaki będzie ten rok 2012 – pożyjemy, zobaczymy. Życzę wszystkim jednego: nie dajmy się zwariować.
środa, 2 listopada 2011
Fronda jest jak Fakty i Mity...
Dziwi się i gorszy Jego Katolickość Terlikowski, że portal Fronda został porównany przez Wandę Nowicką do Faktów i Mitów oraz do "Nie" Jerzego Urbana. Nie rozumiem, czemu to się można dziwić - zajadłość tych portali (czy w wersji papierowej: czasopism) jest porównywalna, paranoiczna nienawiść wylewa się i po jednej i po drugiej stronie. Jeden szmatławiec podobny jest drugiemu. To po prostu media ekstremistów (religijnych bądź antyreligijnych) , dla których język nienawiści jest językiem naturalnym. Tylko obiekt nienawiści jest inny, zaślepienie jest porównywalne. Dla mnie, człowieka, który olewa sobie kibicowanie jakimkolwiek drużynom sportowych, stadionowi przestępcy, czyli kibole, są tak samo odrażający, niezależnie od tego czy należą do drużyny A, czy do drużyny B. Jedni i drudzy plują, kopią, biją przeciwników po mordach w ten sam sposób, jedni i drudzy tak samo potrafią wybić kamieniami witrynę w sklepie czy podpalić czyjś samochód. A więc jedni mają się do drugich tak jak pozytyw do negatywu - choć barwy są odwrócone, to jednak obraz pozostaje taki sam.
Posłanka-elekt Wanda Nowicka zdecydowała się startować z ruchu Palikota. I nie dziwię się jej - w SLD nie zyskałaby mandatu, byłaby jakimś kwiatkiem do kożucha w rozpadającej się partii. Ruch Palikota to dziwna zbieranina ludzi wartościowych i bezwartościowych, entuzjastów i cwaniaczków, społeczników i szemranych biznesmenów. Teraz Ruch Palikota zyskał 10% poparcia i w pewnym stopniu mnie ten dobry wynik ucieszył, choć nie głosowałem na niego. Pomyślałem: teraz Palikot da popalić wszystkim tym moherom, bogoojczyźnianym dewotom, którzy robią sobie faszystowskie pochody i podżegają do nienawiści. Janusz Palikot to przecież inteligentny człowiek ze specyficznym stylem bycia. Liczni moi znajomi poparli Palikota czy nawet wstąpili do jego partii i są to świetni ludzie, którym życzę sukcesu. Jest jednak parę problemów: 1) czy Palikot to lewica - dla mnie nie 2) jaka będzie przyszłość tej partii? Hmmm... wydaje mi się, że niestety widać tu pewne podobieństwa do partii efemerycznych jak Samoobrona czy Liga Polskich Rodzin. W pewnym stopniu Ruch Palikota jest taką Ligą Polskich Rodzin à rebours i ma się do LPR tak jak "Fronda" do "Faktów i Mitów". 3) choć większość postulatów Palikota uważam za godne poparcia, to jednak zdaję sobie sprawę, że większość głosów zyskał Ruch Palikota dzięki młodym wyborcom, często nastolatkom, którzy zagłosowali na niego dlatego że chcą sobie zajarać marychę albo dlatego, że wkurzyli się na KRK, a nie dlatego, że mają poglądy lewicowe. Ta słodko-gorzko mozaika różnych idei z bezideowością nie będzie stanowiła dobrych fundamentów do zbudowania nowej partii.
Nie zdziwię się, jeśli za pięć lat Janusz Palikot spotka się w studio telewizyjnym na kawie z mecenasem Giertychem, który przecież bardzo się zmienił od czasów, kiedy był szefem ultraprawicowej partyjki. Janusz Palikot tez przecież zmienił się od czasów, kiedy był wydawcą "Ozonu" - ultraprawicowego pisma podobnego do "Frondy". Mimo wszystko, trochę mnie cieszy, że Palikot ma dobrą reprezentację w Sejmie, bo może mu się uda coś logicznego przepchać, np. ustawę o związkach partnerskich czy zdeklerykalizować szkołę. A co będzie dalej - pożyjemy, zobaczymy...
Posłanka-elekt Wanda Nowicka zdecydowała się startować z ruchu Palikota. I nie dziwię się jej - w SLD nie zyskałaby mandatu, byłaby jakimś kwiatkiem do kożucha w rozpadającej się partii. Ruch Palikota to dziwna zbieranina ludzi wartościowych i bezwartościowych, entuzjastów i cwaniaczków, społeczników i szemranych biznesmenów. Teraz Ruch Palikota zyskał 10% poparcia i w pewnym stopniu mnie ten dobry wynik ucieszył, choć nie głosowałem na niego. Pomyślałem: teraz Palikot da popalić wszystkim tym moherom, bogoojczyźnianym dewotom, którzy robią sobie faszystowskie pochody i podżegają do nienawiści. Janusz Palikot to przecież inteligentny człowiek ze specyficznym stylem bycia. Liczni moi znajomi poparli Palikota czy nawet wstąpili do jego partii i są to świetni ludzie, którym życzę sukcesu. Jest jednak parę problemów: 1) czy Palikot to lewica - dla mnie nie 2) jaka będzie przyszłość tej partii? Hmmm... wydaje mi się, że niestety widać tu pewne podobieństwa do partii efemerycznych jak Samoobrona czy Liga Polskich Rodzin. W pewnym stopniu Ruch Palikota jest taką Ligą Polskich Rodzin à rebours i ma się do LPR tak jak "Fronda" do "Faktów i Mitów". 3) choć większość postulatów Palikota uważam za godne poparcia, to jednak zdaję sobie sprawę, że większość głosów zyskał Ruch Palikota dzięki młodym wyborcom, często nastolatkom, którzy zagłosowali na niego dlatego że chcą sobie zajarać marychę albo dlatego, że wkurzyli się na KRK, a nie dlatego, że mają poglądy lewicowe. Ta słodko-gorzko mozaika różnych idei z bezideowością nie będzie stanowiła dobrych fundamentów do zbudowania nowej partii.
Nie zdziwię się, jeśli za pięć lat Janusz Palikot spotka się w studio telewizyjnym na kawie z mecenasem Giertychem, który przecież bardzo się zmienił od czasów, kiedy był szefem ultraprawicowej partyjki. Janusz Palikot tez przecież zmienił się od czasów, kiedy był wydawcą "Ozonu" - ultraprawicowego pisma podobnego do "Frondy". Mimo wszystko, trochę mnie cieszy, że Palikot ma dobrą reprezentację w Sejmie, bo może mu się uda coś logicznego przepchać, np. ustawę o związkach partnerskich czy zdeklerykalizować szkołę. A co będzie dalej - pożyjemy, zobaczymy...
sobota, 29 października 2011
Siedzenie okrakiem na barykadzie
Zbliża się listopad. Wiadomo – to dla Polski „niebezpieczna pora”, bo to i odwiedziny na grobach bliskich, i rocznica odzyskania niepodległości, i rocznica powstania listopadowego. I będzie teraz ten Marsz Niepodległości organizowany przez różne grupy katolickie i nacjonalistyczne.
O tym, co to jest Marsz Niepodległości można sobie wystarczająco dużo poczytać i posłuchać w mediach, więc nie będę tego powtarzał. Wiadomo także, że organizacje lewicowe i lewackie chcą zablokować ten marsz, argumentując to tym, że nacjonalistyczna prawica ma poglądy faszystowskie, czy wręcz hitlerowskie.
Istotnie, neonaziści istnieją i w Polsce, i to oni najgłośniej krzyczą na takich narodowych (czy pseudonarodowych) imprezach. To nie oni jednak stanowią większość. Są tacy, którzy zaciskają zęby i z ledwością tolerują ich obecność w jednym marszu. Są wreszcie tacy, którzy nie idą na taki marsz, ponieważ został on upolityczniony i zohydzony przez obecność i ideologiczną dominację ekstremistów. I myślę, że tych, co chcieliby pójść, ale nie pójdą, jest całkiem dużo. To spora grupa wykluczonych i uświadomiłem sobie, że do nich się zaliczam.
Przykład: kiedyś w pewnym mieście zauważyłem niewielką demonstrację przeciw pazerności Kościoła katolickiego, który wyłudził od miasta nieruchomości i dostał je za psie pieniądze. Przekręty KRK były oczywiste i karygodne, znałem je z nowinek prasowych, a więc byłem gotów przyłączyć się nawet do demonstracji. Ale gdy podszedłem i usłyszałem przez megafon oprócz oczywistych zarzutów w stronę KRK, także ślepą nienawiść do wszystkiego co nie jest antyreligijne, kiedy zorientowałem się, że mam do czynienia nie z ludźmi, oburzonymi na pazerność KRK, ale z jakąś radykalną grupą wojujących ateistów, którzy wyskakiwali z pretensjami nawet o to, że częściowo z pieniędzy miejskich zostały wyremontowane zabytki sakralne (jakby nie wiedzieli, że psim obowiązkiem urzędasów jest pamiętać o finansowaniu dziedzictwa narodowego) – wtedy odwróciłem się z niechęcią i stwierdziłem, że w tej grupie się nie odnajduję.
A tu mamy sytuację odwrotną. Na Marsz Niepodległości może bym i chciał pójść – przecież to święto narodowe, jeszcze moja nieżyjąca już babcia wywieszała co roku wtedy flagę. Nie chcę się odwracać od wartości patriotycznych – ale muszę się odwrócić od pseudowartości nacjonalistycznych, neonazistowskich, rasistowskich, ultrakatolickich. Jednak jest to niemożliwe – albo stajesz po stronie rozmodlonych moherów i nazioli, albo nakładasz koszulkę z podobizną Che Guevary i zmieniasz się w anarcholewaka. Tertium non datur.
I z tego powodu troszkę robi się smutno – choć niektórych i bez tego dopada jesienna depresja. Po prostu odkryłem smutne prawdy – że gej, niebędący anarcholewakiem, może być wykluczony, podobnie jak wykluczony może być gej, niebędący ateistą, albo gej niepopierający bezdyskusyjnie aborcji na życzenie. Nie podoba mi się zaangażowanie KPH (organizacji z którą w dużym stopniu się utożsamiam) blokadę Marszu Niepodległości, bo to może się zmienić w uliczną zadymę. Dlatego, aby zachować fason muszę powiedzieć: umywam ręce – to nie mój cyrk, nie moje małpy. Ale odbije się to na naszych interesach wtedy, gdy naziole i mohery rzucą się na naszą Paradę Równości i będą chcieli ją spacyfikować albo potraktują naszych ludzi ostro kamieniami. A na tym nam przecież nie zależy.
piątek, 30 września 2011
Księże Biskupie, w krzyżu mnie łupie!
Za kilkanaście godzin ruszy Marsz Równości. Żałuję, że nie będę mógł w nim tym razem przejść, ale tak czy owak jestem duchowo z Marszem i życzę owocnego przejścia (niech nas zobaczą!). Problemem jest to, że tego samego dnia (nieprzypadkowo przecież) swoją manifestację zgłosili neonaziści i kibole, ale miejmy nadzieję, że kordon policji oddzieli nasz Marsz od homofobicznych ekscesów.
Czcigodny Księże Arcybiskupie
Zwracam się pokornie z gorącą prośbą o pomoc i wsparcie w obliczu wydarzeń wołających o pomstę do nieba, które to już niebawem (30 września – 2 października) będą miały miejsce we Wrocławiu.
Od kilku lat w tym mieście urządzane są festiwale promujące dewiacje seksualne w przestrzeni publicznej. W tym roku po raz drugi pod nazwą „Festiwalu Równych Praw”, zostanie zorganizowany cykl imprez promujących zachowania homoseksualne, których głównym wydarzeniem – przy tym najbardziej szkodliwym będzie tzw. Marsz Równości, który 1 października bieżącego roku przejdzie przez najbardziej uczęszczane i reprezentacyjne ulice miasta. (...)
Pojawiło się już sporo artykułów przedmarszowych, napisano trochę felietonów, podań, listów otwartych. Można wśród nich znaleźć trochę kawałków pozytywnych jak i obojętnych, albo też przepełnionych dewocyjną histerią i hipokryzją. Takim jest list zgorszonych i przerażonych katolików wrocławskich, którzy piszą list do swojego księdza arcybiskupa. Został on umieszczony w artykule w mmwrocław.
Oto fragment:
Zwracam się pokornie z gorącą prośbą o pomoc i wsparcie w obliczu wydarzeń wołających o pomstę do nieba, które to już niebawem (30 września – 2 października) będą miały miejsce we Wrocławiu.
Od kilku lat w tym mieście urządzane są festiwale promujące dewiacje seksualne w przestrzeni publicznej. W tym roku po raz drugi pod nazwą „Festiwalu Równych Praw”, zostanie zorganizowany cykl imprez promujących zachowania homoseksualne, których głównym wydarzeniem – przy tym najbardziej szkodliwym będzie tzw. Marsz Równości, który 1 października bieżącego roku przejdzie przez najbardziej uczęszczane i reprezentacyjne ulice miasta. (...)
i dalej (zakończenie listu):
Czcigodny Księże Arcybiskupie, tego typu haniebne wydarzenia, jako grzechy wołające o pomstę do nieba, domagają się publicznego wynagrodzenia i zadośćuczynienia Bogu. Nie mogąc liczyć na pomoc ze strony władz miasta, zwracam się do Waszej Ekscelencji z prośbą o podjęcie stosownych działań, w które, jako wierni katolicy, będziemy mogli się włączyć.
Z wyrazami synowskiego oddania i czci oraz zapewnieniem o modlitwie.
Ciekawie byłoby przeanalizować ten bełkot z punktu widzenia językoznawczego, ale chyba sobie odpuszczę.
Jednak jestem ciekaw jak długo jeszcze będzie trwało w naszym kraju bogobojne podgrzewanie tego sosu religianckiej obłudy, którym polewa się przy odpowiednich okazjach śmierdzące nienawiścią i pogardą emocje. To emocje najbardziej prymitywne i złe – to one przyniosły światu stosy i obozy koncentracyjne. Ale pytanie zasadnicze jest dość banalne i brzmi tak – co biskup ma z tym listem zrobić?
Ciężka sprawa. Jeśli biskup jest światły (takich w Polsce w KRK prawie nie ma), to musi wytłumaczyć wiernym, że są w błędzie, że Kościół wprawdzie potępia czyny homoseksualne, ale nie potępia zwykłych grzesznych ludzi i nie gardzi nimi. Tak czy owak biskup musi się liczyć z nauczaniem kościelnym na ten temat i nie wolno mu mieć innego zdania na ten temat, bo to już zostało powiedziane w Prawie Kanonicznym i encyklikach.
Jeśli biskup jest betonowy i radiomaryjny, to po prostu zgadza się z listem swoich fundamentalistycznych wiernych, mówi na kazaniu, że geje i lesbijki to zboczeńcy skazani na potępienie, albo że trzeba ich wymordować (trafiały się pojedyncze tego typu wypowiedzi osób, które widocznie czują, że zabijanie byłoby dla nich frajdą). Ale co poza tym?
Właśnie. Co poza tym ksiądz (arcy)biskup może zrobić, żeby zapobiec Marszowi Równości? Nic. Użalić się papieżowi? Papież ma swoje kłopoty w centrali, nie przyniesie rozwiązania. Pogrozić jawnie politykom? To może było dobre 20 lat temu, dzisiaj by miał przesrane. Dać jakąś receptę w stylu: odmawiajmy godzinki i litanię za nawrócenie gejów? Ostatecznie to, ale efekty będą raczej mierne.
Wpisałem to na forum artykułu – biskup ani Kościół Katolicki nie są stroną w tej sprawie. Biskup nie wyznacza ani nie zatwierdza tras manifestacji, ani też nie organizuje dla nich ochrony. List jest idiotyczny, bo prosi o „pomoc” faceta, który nie ma tu żadnych kompetencji. Równie dobrze do biskupa mogłyby wysłać podanie o pomoc np. osoby mające alergię na pyłki. Osoby które zwracają się do biskupa jak do człowieka, który może zesłać niby deus ex machina lek na całe zło świata tego, powinni zwrócić się nie tyle do biskupa, co do psychologa, a może i psychiatry. Zwłaszcza, że konkretnie nie chodzi tu o zło, ale o zło urojone, wywołane nienawiścią do swoich bliźnich. Na to przydałaby się dobra terapia wstrząsowa.
poniedziałek, 26 września 2011
Przepraszam cię, dewiancie...
Ostatnia trochę lokalna (i nie z mojego regionu) informacja o homofobii wśród radnych dochodzi do informacji dzięki procesowi Przemysława Szczepłockiego przeciwko homofobicznemu radomskiemu radnemu z PiS, Sławomirowi Adamcowi i prezydentowi Radomia, Ryszardowi Fałkowi. (o tym tutaj i tutaj).
Jak zwykle czynią homofobi, zarówno Fałek jak i Adamiec, uciekają się do żałosnych gadek typu: „ale ja nie chciałem nikogo urazić, jak uraziłem, to przepraszam” albo „ale ja nie wiedziałem, że homoseksualizm już nie jest uznawany za dewiację – przepraszam za to, że nie wiedziałem, ale nie mogę odwołać swoich poglądów”. To brzmi trochę jak przeprosiny neonazisty w stylu „przepraszam, że nie wiedziałem, że Żydzi nie są już podludźmi, ale nie mogę odwołać swoich poglądów”.
Ekstremiści ultrakatoliccy (a tak naprawdę: pseudokatoliccy) twierdzą oczywiście, że nie chcemy ugody, że chcemy kłótni, a nie kompromisu. A o jakim kompromisie można tu mówić? Ewidentne chamstwo, z jakim mamy tu do czynienia, wymaga przeprosin i przyznania się do fałszywości własnych poglądów. Inaczej przeprosiny nie są nic warte. Jeśli bezpodstawnie nazwę pana X przestępcą, to dla dokonania przeprosin będę musiał powiedzieć, że moje przekonania były fałszywe, a nie rzucić tekścik „przepraszam, jeśli to kogoś uraziło, ale dalej będę mówił, że pan X jest przestępcą, bo przecież nie będę odwoływał swoich poglądów.
Kompromis i ugoda to rzeczy bardzo w życiu potrzebne. Popełniamy błędy (często paskudne, pod wpływem emocji i zacietrzewienia) niezależnie od orientacji czy światopoglądu. Ale jeśli ktoś nam pluje w twarz to nie możemy się zgodzić, że ktoś nas przeprosi tylko za to, że poczuliśmy się jako opluci niekomfortowo, natomiast za sam czyn oplucia nie będzie przepraszał, bo on nie ma zamiaru się z tego wycofywać. Dlatego trzymam kciuki za Przemka Szczepłockiego w tym procesie.
środa, 3 sierpnia 2011
Homo nieedukatus, czyli o nieuctwie profesorów
Chciałem już dawno się odnieść do pewnego problemu, który zauważyłem wśród polskich homofobów. Chodzi o językowe nieuctwo. Samo nieuctwo u nieuków nie jest niczym dziwnym, ale nieuctwo podszyte naukowością należy już skomentować.
Chodzi o słowo homofobia. Oczywiście, nie wszystkim się ono podoba – to znaczy nie podoba się homofobom. Kpią sobie z tego słowa, mówią, że to nie jest żadna fobia, bo fobia to jest chorobliwy lęk, a tu nikt się niczego nie boi, tylko „normalni” oceniają „nienormalnych” (czytaj: nienawidzą tych, którzy są inni). Niektórzy posuwają się dalej i nienawidzą tych „normalnych” (czyli osób hetero), którzy nie mają nic przeciwko związkom jednopłciowym i nie piętnują gejów i lesbijek.
Wróćmy jednak do samego słowa homofobia. Wielokrotnie czytałem wypowiedzi na temat tego słowa, które je wyśmiewały. Zacytuję dwie – dwóch panów profesorów. Prof. Stefan Niesiołowski i prof. Aleksander Nalaskowski. Oto fragmenty:
Co to znaczy homofob? Anty gatunkowi homo sapiens? Protestuję przeciw zaanektowaniu tego wspaniałego przedrostka "homo" przez gejów - rozpoczął Stefan Niesiołowski - Czy homofob znaczy, że ktoś nie lubi ludzi? (Gazeta Wyborcza)
i dalej – prof. Aleksander Nalaskowski:
Szermowano jednak na wszystkie strony określeniem „homofobia” czy „homofob”. Leksykalnie „homo” to człowiek, „fobia” to lęk. Zrobiono zatem ze mnie osobnika bojącego się ludzi. Jak rozumiem ludźmi są jedynie homoseksualiści. Bo to ich wedle moich sędziów się boję czy może nawet nie lubię. (Fronda)
Otóż na co chciałem zwrócić uwagę – obu szacownych wykładowców nie zna etymologii tego słowa i obaj próbują stworzyć sobie etymologię ludową słów homofobia (czy może i homoseksualizm). A powinni wiedzieć, żeby się zupełnie nie ośmieszać, że to słowo nie pochodzi od łacińskiego homo – człowiek, tylko od greckiego słowa homoios – 'podobny, taki sam'. Nie z łaciny, ale z greki, drodzy panowie. Z łaciny (ze słowem homo - człowiek) to pochodzą sentencje takie jak homo sum et nihil humani a me alienum puto – człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce albo i homo homini lupus est – człowiek człowiekowi wilkiem.
Moim zdaniem, przedrostki ze starożytnej greki tak bardzo zadomowiły się w językach europejskich, że powinno się wiedzieć o ich pochodzeniu. Ja wiem od podstawówki, że słowa takie jak: homologiczny, homonimia, homogenizowany, homofonia czy wreszcie homoseksualizm i owa nieszczęsna homofobia – nie pochodzą od łacińskiego homo, tylko od greckiego homoios. Ale aż mi się nie chce wierzyć, żeby entomolog prof. Niesiołowski mówiąc o narządach homologicznych (jak np. skrzydła u chrząszcza i skrzydła u komara) myślał, że te owadzie skrzydełka miały coś z człowieka. Trzeba się czasem zastanowić, zanim się coś powie, bo inaczej pan profesor stwierdzi, że serek homogenizowany jest zrobiony z genów człowieka.
Ale już zupełnie łapy opadają, jak jeszcze po tym wszystkim przeczyta się jakiegoś domorosłego dziennikarza w internecie, który pisze, chce dowieść, że nie ma czegoś takiego jak homofonia (!), bo to wymysł pedałów. Otóż wciąż z przerażeniem zauważam, że jest tyle bęcwałów, którzy mylą słowa homofobia i homofonia i nie znają znaczenia żadnego z nich. Dla nich nienawiść dla osób homoseksualnych i faktura muzyczna homofoniczna (w której melodia jest prowadzona w jednym i tym samym głosie, w przeciwieństwie do polifonii) – to jedno i to samo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)