środa, 29 czerwca 2011

W sezonie ogórkowym - o odbieraniu dzieci panu T. i bezpłciowym przedszkolu


Świeci słońce, chciałoby się dokądś wybyć. Przyjdzie na to pora niedługo. Tymczasem wszystkie moje sprawy, związane z pewnymi formalnościami, biurokracją i lataniem po różnych miejscach potraktuję jako osobiste i zostawię je dla siebie, bo zresztą nic w nich ciekawego nie ma.

Przeglądam  media. Z jednej strony grzmi Rydzyk, grzmi Terlikowski,  wciąż przerażony, że znowu ktoś mu zabierze dzieci. To już jakaś fobia, ale trudno. Z drugiej Krytyka polityczna, która pisze rzeczy czasem świetne, czasem przeciętne, ale z którą w dużej części się zgadzam (a nie zgadzam się z Terlikowskim). Terlikowski musiał oczywiście ostro zareagować na zbiór felietonów pt. Jak odebrałem dzieci Terlikowskiemu autora podpisującego się Jaś Kapela.

Mała uwaga w kwestii imienia i stylistyki językowej. Któryś z forumowiczów na „Frondzie” retorycznie zapytuje: czego oczekiwać po faceciku z zapadniętą klatą, który nazywa siebie „Jasiem. I otóż to. Tak już jest, proszę państwa. Forma imienia i wszelkie jego diminutiva mają duże znaczenie. Jeśli ktoś podpisuje się Jaś, Wojtuś, Tomuś – to znaczy że jest dzieciuchem i smarkaczem i tak będzie się go traktować. O wiele lepsza jest forma typu Janek, Wojtek, Tomek, odbierana jako towarzyska wersja imienia, forma kumplowska, otwarta, choć raczej nie oficjalna – taką jest pełna forma imienia. O tym również trzeba pamiętać – o języku, stylistyce, o konkretach, jakie chcemy wyrazić. Jeśli chcemy walczyć na słowa z homofobiczną histerią Terlikowskiego, to musimy być traktowani poważnie. Niepoważni z góry skazani są na wyśmianie.
Co do języka – opcja Terlikowskiego ma  jeszcze jedną nową oręż przeciw nam, co może tylko zniechęcić do związków partnerskich i zaostrzyć postawy homofobiczne. Otóż w jednym ze sztokholmskich przedszkoli zdecydowano się wychowywać dzieci, usuwając ze słownika rozróżnienie słów „on” i „ona” i udając, że płeć nie istnieje. Jak czytamy:

 Pierwszy raz przedszkole zdecydowało się na usunięcie słówek oznaczających płci (w Szwecji „han” i „hon”) jednym, neutralnym słowem "hen". Słówko "hen" nie istnieje w słowniku szwedzkim, ale jest czasem używane przez środowiska feministyczne i homoseksualne.

Uważam, że jest to głupie i tylko może nasilić homofobię w Europie – bo pewnie przykład ten będzie jeszcze wiele razy wymieniany jako dowód „homoterroru”. A tak naprawdę to edukacja przeciwdziałająca homofobii nijak się ma do nauczania przedszkolnego, kiedy dzieciaki nie mają zielonego pojęcia choćby jaką będą miały orientację seksualną. Ta edukacja powinna się rozpocząć o wiele później i pedagodzy już chyba wiele razy o tym mówili. Poza tym można się obawiać pewnego wyalienowania (jeśli nie gettoizacji) dzieciaków, które pójdą do szkoły powszechnej z przedszkola, które nie nauczyło ich nawet odróżniania chłopca od dziewczynki.

Tak to jest – niestety, jeśli queerowi oszołomi będą rozpowszechniać swoją obłędną ideologię, to na nas, zwykłych gejów i zwykłe lesbijki spadnie od razu odium „zboków”, „nienormalnych” itp.  Już tak się zresztą stało, inwektywy na forach się posypały. Dlatego odcinam się zdecydowanie od takich działań, o których wiem, że 1) nie przyspieszą przyjęcia ustawy o związkach partnerskich i innych prawnych rozwiązań dla osób homoseksualnych, 2) spowodują wzrost niechęci społeczeństwa, powstawanie nowych stereotypów, a co za tym idzie wzrost homofobii, 3) dadzą oręż czołowym homofobom, którzy będą nam przypisywać ideologię, która nie ma z nami nic wspólnego, 4) spowodują gettoizację osób homoseksualnych od społeczeństwa, czego sobie zdecydowanie nie życzę, bo czuję się integralną częścią społeczeństwa i chcę, żeby ono nas  zaakceptowało (a nie żeby traktowało nas jak dziwolągi [queer] czy coś obcego).

No cóż.... Queer to nie mój cyrk i nie moje małpy, ale niestety bywam z tym kojarzony. Róbmy swoje. Dla poprawienia nastroju posłucham sobie allemandy Valentina Haussmanna.  

wtorek, 14 czerwca 2011

W dzień parady - luźne impresje

Poprzedniego dnia dotarłem do Wawy i zapowiadało się, że będzie zimno i deszczowo, a ja w przyjechałem krótkim rękawku. Ale już w sobotę rano nie było tak źle. Mdławe słonko sączyło się znad dachów kamienic. Tam, gdzie poprzedniego dnia odbywał się miesiącznicowy sabat kaczystów smoleńskich, w sobotę już było spokojnie. Na Krakowskim Przedmieściu odbywał się dzień spółdzielczości i w związku z tym na części ulicy było porozstawianych sporo straganów, gdzie można było kupić np. rękodzieło ludowe, kiełbasy z gospodarstw ekologicznych, kwas chlebowy z Podlasia i ceramikę bolesławiecką. Słowem mydło i powidło.

Musiałem zjeść coś pożywnego przed paradą, a niekoniecznie chciało mi się płacić frycowe na Krakowskiem, więc poszedłem w stronę dworca Śródmieście. Jeszcze rok temu była tam knajpa ze smacznym jedzeniem wietnamskim w przystępnych cenach. Ale teraz patrzę – knajpy nie ma. Czyżby Wietnamczycy uciekli z Warszawy? Dawniej tanich knajp wietnamskich w Wawie była masa i zawsze chodziłem tam na sajgonki z bukietem warzyw albo na cielęcinę w pięciu smakach z grzybami mun. Teraz próżno szukać.

Natomiast warszawskiej żulerii w okolicach dworców Centralnego i Śródmieścia wciąż jest pełno. Spaceruję sobie w tych okolicach, w centrum naszej stolicy, widzę z daleka skrzące się dachy Złotych Tarasów, a tu patrzę – na ławce leży menel, pijany w sztok, jedna noga mu zwisa, w ręku ledwie trzyma ściśniętą puszkę po piwie.

Z tym Dworcem Śródmieście to miałem kiedyś taką przygodę parę lat temu. Jechałem do kolegi do Sulejówka i czekałem na pociąg. Chcąc wyrzucić jakieś śmieci zacząłem gorączkowo szukać kosza na śmieci. No i zauważyłem, że wszystkie kosze usunięto. Podszedłem do jednego z robotników i pytam co się dzieje. Okazało się, że stare kosze (stojące, metalowe) zamieniają na nowe (zawieszane na słupku). Ale po co? Stare były jeszcze funkcjonalne. Pracownik spojrzał na mnie znacząco i powiedział: „Ach… wie pan…  no po prostu oni tu przychodzą i … no, po prostu zwyczajnie paskudzą do tych koszy”.  Zrozumiałem wtedy, że do koszy na słupkach pod przykrywką trudniej będzie się zdefekować menelom. Będą to robili bezpośrednio na peron czy na chodnik. A obok zainstaluje się automat z torebkami do gówien i będzie wszystko w porządku.

Po tych niezbyt miłych wrażeniach poszedłem w podziemia Dworca Centralnego, zaspokoiłem uczucie głodu i ruszyłem z buta na Wiejską. Po dwunastej była dopiero tylko grupa organizacyjna, ale powoli paradowicze zaczęli się schodzić. Było coraz więcej policji. Z drugiej strony zebrała się grupa nacjonalfaszystów.


Parada miała opóźnienie. Trzeba było zresztą zacząć stacjonarnie, bo było parę przemówień, o których zresztą w mediach szybko coś napisano. Ucieszyło mnie, że poseł Kalisz tak angażuje się w ustawę o związkach partnerskich. Trzymam go za słowo.

Dobrym pomysłem było otwarcie Parady hymnem narodowym. My też mamy prawo do bycia Polakami, a więc nie możemy pozwolić, żeby monopol na symbolikę narodową przywłaszczyli sobie nacjonalfaszyści. Tu jest Polska – i mamy do tego prawo. Zresztą ktoś niósł tęczowe hasło Tu jest Polska – i bardzo dobrze.

Na szczęście hasło informujące o tym, że ŻĄDAMY USTAWY O ZWIĄZKACH PARTNERSKICH było najsilniej brzmiącym również na tej paradzie. I tak powinno być. W tym celu przyjechałem na paradę. Były chyba ze trzy wielkie transparenty, na których widniało to hasło. Przyłączyłem się do niesienia jednego z nich.

Zostało puszczone głośne techno, którego nie znoszę, ale trudno – pomyślałem – wytrzymam. Szkoda tylko, że nie kupiłem przedtem stoperów do uszu. Parada ruszyła. Hałas zresztą na początku się przydał bo zagłuszał krzyki ze strony nacjonalfaszystów (NOP, Młodzież Wszechpolska).

Trzymając transparent odczuwałem satysfakcję. Ludzi było dużo, ludzi różnych – ale w końcu walczymy za wspólną sprawę. Chodzi o prawa dla par homo, niedyskryminację, walkę z homofobią. Chodzi też o prawa dla transseksualistów. O walką z mową nienawiści.

Słońce zaczęło świecić mocniej i trochę nawet się opaliłem. Nie było jednak takiego skwaru, jak rok temu. Z platform przemawiali politycy i aktywiści. Przeciwników Parady praktycznie nie było widać. Po drodze widziałem tylko jedno rozbite jajko, incydentów nie było.

Weszliśmy na Marszałkowską. Przemówił jeszcze raz poseł Kalisz, po czym pożegnał się i zszedł z platformy. Ktoś mnie wymienił w trzymaniu transparentu. Zauważyłem parę znajomych twarzy z poprzednich parad, przywitałem się z kilkoma osobami, choć rozmawiać raczej było trudno. Komórka poruszyła się mi w kieszeni. Dostałem SMS od koleżanki ze Szczecina z pozdrowieniami  - zobaczyła mnie pewnie w mediach :-)

Parada docierała do końca. Została puszczona sympatyczna piosenka YMCA, znana jako „hymn gejowski”. Dotarliśmy na plac Bankowy. Jeszcze padło parę przyjemnych podziękowań w ostatnim przemówieniu, trochę oklasków i ludzie zaczęli się rozchodzić. Porozmawiałem z paroma znajomymi, z kimś wymieniłem telefon, z kimś się przywitałem czy pożegnałem.

Po paradzie byłem już trochę zrąbany tym łażeniem od rana, więc poszedłem szukać jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie można by posiedzieć i coś skonsumować. Poszedłem na Stare Miasto, ale tam drożyzna – więc wróciłem w stronę Krakowskiego Przedmieścia. Na Starym Rynku zresztą było niezbyt przyjemnie dla geja, bo jakiś nawiedzony homofob wrzeszczał do przechodniów słowa: „Dziś się ludziom Słowo Boże głosić zabrania, a dewiantom pozwala się na robienie parad”. I dalej w tym stylu. Koło niego stał drugi facet, starszy i rozdawał jakieś ulotki. Prawie nikt na nich nie reagował.

Na Krakowskim Przedmieściu zauważyłem Krystiana Legierskiego wśród znajomych. Podszedłem, przywitałem się, zamieniłem parę słów – i oczywiście doniosłem warszawskiemu radnemu o homofobicznych wariatach na Starym Rynku :-)

Wtedy już na ostro zachciało mi się czegoś do zjedzenia –  na przykład chłodnika litewskiego, a potem kawy mrożonej z trzema gałkami lodów z polewą ajerkoniakową. Zjadłem, posiedziałem. Na wieczór byłem umówiony u mojej koleżanki, której urodziny wraz z jej siostrą mieliśmy świętować. Wszystko się udało. Parada była bez ekscesów. Nie wiem, czy frekwencja nie była poniżej naszych możliwości (według niektórych źródeł – 6000, według innych – 3000), jednak to, co pisze w Wyborczej  red. Piotr Pacewicz, uważam za zbyt malkontenckie, ale też po prostu nieprawdziwe. Na pewno jest lepiej, niż to sądzi redaktor Pacewicz - nie bądźmy takimi smutasami.

niedziela, 5 czerwca 2011

A jednak chyba pojadę na Paradę...

Pisałem już, że odechciało mi się pójścia na Paradę Równości. Rzeczywiście, z pewnych powodów odczuwam jakiś absmak. Organizatorzy Parady mają w głębokim poważaniu walkę o legalizację związków partnerskich, od bezideowości robi się aż mdło. Napisałem już o tym i nie wycofuję się z tego, co napisałem.

Ale chyba będę musiał się wycofać ogólnie z bojkotu i przestać być obrażonym. Tak czy owak muszę jechać w sprawach własnych do Warszawy w czerwcu, więc nie do pomyślenia jest to, żebym był w Warszawie np. w dzień po przejściu Parady. Muszę swój wyjazd skoordynować z Paradą. Nie może być inaczej.

Dlaczego nie może być inaczej? Ano z powodu zwykłej solidarności. Solidarności z gejami i lesbijkami, którzy przyjdą, tak jak ja, walczyć o równe prawa i niedyskryminację, walczyć o legalizację związków partnerskich. Również z solidarności z tymi naszymi kolegami hetero, którzy takich związków partnerskich chcą dla siebie i dlatego będą z nami szli w tej Paradzie. Albo z Solidarności z tymi, którzy widzą, że wolność żadnej jednostki ludzkiej nie może być krępowana, jeśli tylko nie przynosi szkody innym – i dlatego idą na Paradę.

Nasza wolność w postaci jednakowych praw nie przyniesie szkody innym. Po uchwaleniu ustawy o związkach partnerskich czy nawet o małżeństwach jednopłciowych krowy nie przestaną dawać mleka, pomidory nie zrobią się niebieskie, żony w długoletnich małżeństwach nie powiedzą mężom, że są lesbijkami, a mężowie żonom, że są gejami. Wszystko będzie tak jak było do tej pory, tyle że my przestaniemy (przynajmniej częściowo) być ludźmi drugiej kategorii.

W to nie wierzy cały beton homofobicznych fundamentalistów, którzy od razu po rozpoczęciu debaty publicznej na temat związków partnerskich, rozpoczęli w swoich niszowych mediach kampanię nienawiści i obrażania mniejszości seksualnych. W większości są to tzw. „obrońcy rodziny” i fundamentaliści religijny. Z tym, że to jest już religia nie tyle mówiąca o Bogu, co religia majtkowa, gdzie wszystko obraca się wokół seksu. Do tego dochodzi pycha, buta,  chamstwo oraz bycie bardziej papieskim od papieża. 

Takich wrednych artykulików, pełnych homofobicznego jazgotu, przeradzającego się w swoistą histerię, napisano w ostatnim tygodniu sporo. Przoduje w tym „Fronda” Terlikowskiego i parę innych fundamentalistycznych portali. Pełno w nich pogardy dla bliźnich, więc nie można ich raczej nazwać chrześcijańskimi. To – jak powiedziałem – religia polegająca na jakiejś obsesyjnej chęci odgórnego kontrolowania ludzkiej seksualności.

I właśnie takie podłe czasem artykuliki i wpisy z fundamentalistycznych gadzinówek, skłoniły mnie jednak, żeby nie wycofywać się z pojechania na Paradę. Mimo wewnętrznych sporów w środowisku gejowsko-lesbijskim, mimo nieudacznictwa i bezideowości organizatorów – pojadę. Zwłaszcza, że w Warszawie i tak muszę niedługo być. Fundamentaliści, możecie więc być zadowoleni, że integrujecie homo-środowisko. Nas będzie więcej, zresztą sondaże pokazują, że coraz mniej osób uważa, że im przeszkadzamy, albo jesteśmy czymś gorszącym.

Na koniec chciałem przypomnieć słowa abp. Desmonda Tutu: „Gdyby Pan Bóg był homofobem, nie oddawałbym Mu czci”

I ja wielebnego abp. Desmonda Tutu rozumiem doskonale... Bóg nie jest pełen nienawiści. Jest doskonały, w odróżnieniu od ociekających śliną nienawiści wściekłych piesków z Frondy. 

***

A oto pieśń dziękczynna (niem. Nun danket alle Gott) z 1630, sławna do dziś i żywa w kościołach nie tylko luterańskich

Dziękujmy Bogu wraz,
I sercem i ustami,
Bo wielkość Jego spraw
Ujawnia się nad nami.

Oto jak Bach mistrzowsko wykorzystał temat tego popularnego chorału luterańskiego w swojej fantazji organowej:



I to jest piękne. 

środa, 1 czerwca 2011

Kazus posła Węgrzyna

Ostatnio został wyrzucony z PO poseł Robert Węgrzyn. Wykluczono go z partii za głupi sztubacki żart. Zapytany o legalizację związków partnerskich powiedział: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Dodał: - „Natura ludzka i człowiek jest tak skonstruowany, że powinien żyć w związku partnerskim zgodnie z naturą właśnie, to jest pogwałcenie praw natury”. Dopytywany o tych, którzy „chcą inaczej”, odparł: „To jest jego problem, ale niech się z tym nie obnosi”...

Wypowiedź niewątpliwie homofobiczna, ale czy nie za dużo było wokół tego wszystkiego zamieszania?  Zwróćmy uwagę, że powtarzano najczęściej pierwszą część jego wypowiedzi „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”, niby dowcipną, ale tak naprawdę świadczącą o dojrzałości emocjonalnej posła na poziomie gimnazjalisty, więc raczej zasługującą na zignorowanie niż na uwagę. Natomiast mało zwracało się uwagę na dalszą część wypowiedzi, która była jednak obraźliwa, skoro Węgrzyn mówił w niej o związku jednopłciowym jako o „pogwałceniu praw natury”. No i właśnie: czy byłoby tyle krzyku, gdyby tylko druga (bardziej homofobiczna) część jego wypowiedzi została wypowiedziana publicznie?   

Poseł Węgrzyn jest przykładem osobowości sztubackiej, więc jestem gotów puścić te jego głupoty mimo uszu i  nie mam do niego większych pretensji ani nie podałbym go do sądu. Wręcz przeciwnie, wolałbym, żeby nie wykluczano go z partii, starczy upomnienie. Zresztą sam nie pierwszy raz się skompromitował. Ale teraz poseł Węgrzyn stał się męczennikiem heteronormy, doświadczonym przez spisek nienormalnego, wszechobecnego homolobby. 

Czy to jest dobrze dla nas? Myślę, że nie. Potępianie homofobii posła Węgrzyna to zamachiwanie się z maczugą na muchę. Tymczasem naprawdę homofobiczne wypowiedzi posłów takich jak Gowin czy Niesiołowski przechodzą gdzieś bokiem, mimo uszu. Ich się toleruje, natomiast po szczeniacku szczerą  wypowiedź kogoś, kto przyznaje się, że  podnieca go bardziej patrzenie na lesbijki niż na gejów – uznaje się za kamień obrazy. 

Teraz po tym wszystkim poseł Węgrzyn może on stać się naprawdę ostrym homofobem, podczas gdy dotychczas był tylko takim sobie lekko homofobicznym dowcipnisiem. Lepiej nie zajmujmy się polowaniem na muchy, bo to może być niebezpieczne i niezdrowe, a tylko zajmuje niepotrzebnie energię przydatną do walki z homofobią, której czasem nawet nie zauważamy, a która jest o wiele bardziej niebezpieczna niż kompromitująca wypowiedź posła-żartownisia. 

Graf Cagliostro

poniedziałek, 30 maja 2011

Bzdety pana Kalety

O ostatnich homofobicznych zajściach w Senacie pisano już wiele razy, więc nie będę tego powtarzał. Jednak zainspirowała mnie dzisiejsza rozmowa z senatorem Piotrem Kaletą (PiS) na TOK FM (Komentarze radia TOK FM).


To chodzi o tego pana, co wprowadził homofobiczną poprawkę do ustawy, zastrzegającą, że rodzinnego domu dziecka nie może być osoba orientacji homoseksualnej. Niby nic szczególnego, bo cała rozmowa niezbyt ciekawa, tak naprawdę powiedział to, co można było się po nim spodziewać. Mówił bzdury, chociaż nie po chamsku, starał się też udawać uprzejme zrozumienie sprawy, ale to raczej było wkurzające i żenujące. Mimo wszystko, znalazły się w tym nijakim przelewaniu wody takie kwiatki, które wytypowałem jako nominacje do comiesięcznego Złotego (a może i Kryształowego) Pisuaru.


Rodzina, to związek kobiety i mężczyzny. Tak ma być i tak pozostanie.

Rodzina jest tym miejscem, które najlepiej wyszło ludzkości. Ludzkości nic lepiej nie wyszło.

No tak – rzeczywiście ludzkości nic lepiej nie wyszło. Tylko że wielu zwierzakom też to wyszło. Są zwierzaki, które tworzą trwałe związki i opiekują się dziećmi. Np. bociany w gnieździe, które wychowują młode bocianiątka. Dużo przykładów można by dawać – może być rodzina foczek, rodzina pingwinów (ta nawet z tego co wiem czasem bywa homoseksualna). Rodzina australopiteków, pitekantropów czy neandertalczyków – też istniała. Czyżby NIC LEPIEJ ludzkości od tej pory nie wyszło? Czy dzieła geniuszu ludzkiego, osiągnięcia nauki, czy wreszcie społeczeństwo obywatelskie, którego nie mieli neandertalczycy i inne małpoludy – czy to wszystko jest zerem w porównaniu z RODZINĄ? Nie chcę tu deprecjonować wielkie roli rodziny, wysiłku rodziców, ich miłości, ale stawianie rodziny na piedestale, więcej: czynienie sobie z niej bałwana, jest czymś głęboko nieetycznym. Są rodziny wspaniałe, ale jest też mnóstwo rodzin patologicznych, rodzin, gdzie dokonuje się molestowanie, gwałt, przemoc. Po prostu idiotyczne jest, żeby WSZYSTKIE rodziny uznać z góry za rodziny idealne, jak to czyni wielu zwolenników i członków PiS-u. A pana Kaletę zachęciłbym o spytanie co sądzą na temat rodziny takie osoby jak Natascha Kampusch czy dzieci Josepha Fritzla.

I dalej: Jak będzie realizowana ustawa – spytał redaktor senatora Kaletę.

Możemy przewidzieć, że osoby homoseksualne niekoniecznie będą chciały być transparentne. Ale jeśli wójt / burmistrz / prezydent taka osobę będzie chciał zatrudnić, to musi pojawić się określona formuła, że: świadomy odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych oświadczeń itd. Ja sobie zdaję sprawę, że te osoby mogą nie powiedzieć prawdy. Ale nastąpi pewna weryfikacja, ponieważ dziecko idzie do szkoły, jest wśród swoich rówieśników. Jeśli nastąpi taki sygnał, chociażby właśnie ze szkoły, że dzieje się coś nie tak, co mogłoby budzić wątpliwości, to wtedy wójt/ prezydent/ burmistrz ma mechanizmy do tego, żeby to sprawdzić.

No i co wtedy? Pletyzmograf prąciowy? A jak ktoś powie, że nie jest orientacji homoseksualnej, tylko biseksualnej, to co wtedy?  O orientacji biseksualnej nie ma w ustawie ani w poprawkach do niej.

I jaka to weryfikacja wśród rówieśników? Kolega ze szkoły doniesie na Jasia do burmistrza, że jego mamusia jest lesbą albo że tatuś jest pedałem?  I nastąpi doniesienie do prokuratury? A wydawało mi się, że każdy ma prawo do nieujawniania spraw intymnych, takich jak choćby orientacja seksualna. Zresztą zwykle słychać pohukiwanie prawicowców typu „A co wy tak się obnosicie ze swoją orientacją”. Aż tu nagle okazuje się, że oni chcą wiedzieć, kto jest tej „złej” orientacji. Przepaski z różowymi trójkątami, noszone obowiązkowo w strefie publicznej rozwiązałyby tę sprawę. Czy nad tym też będziecie głosować?

Nie damy się. Liberalnemu Kalwinowi proponuję wypowiedź p. Kalety na nominację do Złotego PiSuaru. Pozdrowienia od Liberalnego Luteranina.

niedziela, 29 maja 2011

Contra spem spero - klarnecista przeciw homofobii

Widziałem ostatnio fotorelacje z krakowskiego Marszu Równości. Demonstranci przeszli przez miasto z naszymi postulatami. Nacjonalfaszyści zademonstrowali swoją nienawiść. Marsz był ochraniany przez policję. Pomimo to kogoś z organizatorów Marszu pobito już po zakończeniu całej imprezy. Smutne.
Ktoś powie – no tak, ale u nas zawsze była taka homofobia, co robić... No właśnie – jak z tą naszą homofobią w naszym polskim piekiełku? Zmieniło się coś czy nie? Coś zauważam jednak, że się zmieniło. Jeśli co roku w Marszach i Paradach Równości spotykam coraz więcej moich heteroseksualnych przyjaciół, znajomych i nieznajomych – to świadczy o tym, że kwestia niedyskryminacji ludzi z powodu ich orientacji porusza także tę część społeczeństwa, która ma orientację standardową. Jeśli widać, że do Marszu dołącza np. małżeństwo z małym dzieckiem, to robi się  naprawdę miło. Dziesięć lat temu tak dobrze nie było, choć możemy mówić, że do społeczeństw zachodnich nam dużo brakuje. Cieszy jednak, że po naszej stronie są ludzie, reprezentujący bardzo różne grupy społeczne.
A ci, którzy są w kontrmanifestacji? Kim są? Na szczęście to nie żaden przekrój społeczeństwa. To homofobi ze środowisk kibolsko-skinolskich robiący się na pseudopatriotów. Przeciętny przechodzień hetero czasem coś fuknie, czasem się uśmiechnie, czasem przejdzie obojętnie – ale zwykle nie ma tej chorobliwej  nienawiści, która jest odczuwalna w grupach nacjonalfaszystów czy ekstremistów religijnych. Taka nienawiść tkwi jeszcze w dużej części „zwykłego” społeczeństwa w krajach na wschód od Polski. Oto zobaczcie, jak wyglądała próba zorganizowania parady gejowsko-lesbijskiej w Moskwie. Skończyła się spacyfikowaniem niewielkiej grupy demonstrantów.

Nie można o to winie samej policji – gdyby nie histeryczna nienawiść ze strony wielu grup społecznych, władze i policja raczej by nie przeszkodziły (zezwolenie mera Moskwy początkowo było, ale zostało cofnięte z uwagi na protesty społeczne i protesty ze strony Cerkwi Prawosławnej). Rozmawiałem w zeszłym roku przed EuroPride z paroma Rosjanami, który przyjechali u nas poparadować jak do kraju nowoczesnego i tolerancyjnego. U nas z nami rozmawiają politycy, prowadzi się debatę publiczną, projektuje się ustawę o związkach partnerskich (nawet jeśli jest nie jest dla nas korzystna a poza tym i tak nie przejdzie w tej kadencji).  U nich po prostu mniejszości seksualne się bije i wyzywa, a nikt nie traktuje „dewiantów”  poważnie i nie chce z nimi rozmawiać. Dlatego właśnie z gejami i lesbijkami z Rosji, Ukrainy, Białorusi, ale też z Litwy, Łotwy, Bułgarii, Rumunii, Serbii itd. – więc z krajów, gdzie poziom homofobii jest jeszcze wyższy niż u nas – powinniśmy szczególnie trzymać sztamę.


Smutne to i ponure, co stało się wczoraj w Moskwie. Ale historia nie zacznie się kręcić wstecz z powodu żądań homofobów. Będzie trudno, ale zawsze do przodu.

A przecież Rosja ma takie tradycje kultury gejowskiej, że tylko mogłaby się tym poszczycić. Nie będę tu robił wykładu ani antologii, ale jedna perełka z poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku by się przydała. Oczywiście, jeśli mówić o poezji gejowskiej w Rosji na przełomie XIX i XX wieku, to na pierwszym miejscu trzeba wymienić Michaiła Kuzmina (1872 – 1936). W jego zbiorku Занавешенные картинки (wydany w 1920 w Amsterdamie – no tak, w Rosji to by nie przeszło, nawet ze względu na lubieżne ilustracje – zob. w podanym linku rosyjskim, tam są!) znalazłem uroczy wierszyk pt. Klarnecista i postanowiłem go poetycko przetłumaczyć:

Oryginał:
КЛАРНЕТИСТ
(Романс.)
Я возьму почтовый лист,
Напишу письмо с ответом:
"Кларнетист мой, Кларнетист,
Приходи ко мне с кларнетом.
Чернобров ты и румян,
С поволокой томной око,
И когда не очень пьян,
Разговорчив, как сорока,
Никого я не впущу.
Мой веселый, милый кролик.
Занавесочку спущу.
Передвину к печке столик.
 
 
Упоительный момент!
Не обмолвлюсь словом грубым
Мил мне очень инструмент
С замечательным раструбом!
За кларнетом я слежу,
Чтобы слиться в каватине
И рукою провожу
По открытой окарине.
 
1918.




 Przekład na język polski / Перевод на польский язык:


KLARNECISTA
Romans

Wezmę dziś papieru listek
I odpowiem Klarneciście:
Klarnecisto, przychodź do mnie
Z twym klarnetem, Klarnecisto.
Czarnobrewy i rumiany
Okiem wodzisz powłóczyście
Gdy nie jesteś zbyt pijany
To jak sroczka rozgadany,
Ja nikogo tu nie wpuszczę.
Mój wesoły, mój króliczek…
Tylko zasłonkę opuszczę
I przesunę tam stoliczek.

O, upojny jest ten moment!
Brzydkiego słowa nie wtrącam,
Miły jest mi ten instrument
Z czarką tak zachwycającą!
Śledzę więc za tym klarnetem
By się złączyć w kawatinie
I przesuwam wolno dłonie
Po odkrytej okarynie.

***

środa, 25 maja 2011

LGBT +Queer = Sojusz Robotniczo-Chłopski? (1)

Mówię zawsze, że nie lubię określenia LGBT i nigdy się tak określam. Jestem gejem – mężczyzną o orientacji homoseksualnej. Zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że to środowisko złożone z kilku grup, których prawie nic nie łączy prócz wspólnych wrogów (skinoli, neonazistów z NOP, Rydzyka, Terlikowskiego i in.). Gejów i lesbijki łączy może jeszcze jakaś wewnętrzna solidarność. Biseksualiści stoją raczej na uboczu i małym stopniu biorą udział w życiu gejowsko-lesbijskim. W przypadku facetów bi to zazwyczaj ludzie albo żonaci, albo żyjący w trójkątach, którym mało zależy na legalizacji związków partnerskich. Poza tym z gejami rzadko tworzą dłuższe emocjonalne związki – wiele ogłoszeń gejów, którzy szukają partnera kończy się zdaniem: „Biseksi – proszę nie pisać”. Wiadomo, jeden gej raczej wybaczy drugiemu skok do łóżka z innym facetem, ale wybaczyć skok do łóżka z kobietą jest o wiele trudniej.

Transseksualni – to mała grupa osób, które mają zespół dezaprobaty płci. Wspieramy ich, uważamy, że mają prawo do refundacji korekty płci, do pomocy w swoich kłopotach. Zresztą nie wiem, dlaczego heteroseksualna większość miałaby tych dążeń nie wspierać.

Widzimy więc, że LGBT, to raczej słabo zintegrowana grupa. Można by tu jeszcze dodać przyjazne mniejszościom osoby hetero, osoby żyjące w konkubinacie itp. Tymczasem  pozostała jeszcze jedna kategoria – queer, i ją nam próbuje się wcisnąc.  Queer znaczy z ang. tyle, co ‘dziwaczny’. Powstała cała filozofia queer i nawet teoria literatury queer.  Wszystko to narosło wokół badań na temat gender (płci kulturowej, przeciwstawionej płci biologicznej). Queer to teoria inności i dezakceptacji dla heteronormatywnego społeczeństwa.

Wszystko byłoby bardzo fajnie, ale… Po lekturze paru artykułów i fragmentów pewnej książki stwierdziłem, że queer jako teoria jest konglomeratem rzeczy wartościowych i bezwartościowych. Mieszaniną interesujących spostrzeżeń i bredni. Teoria queer jest niby tylko teorią, więc nie ma obowiązku, żeby w nią wierzyć, albo traktować ją jako dogmat.

W ramach teorii gender/queer pozostaję esencjalistą i sceptykiem.  Nie jestem entuzjastą tych kierunków, ale nie twierdzę, że wszystko tam jest do bani. Twierdzę, że są to (zarówno gender, jak i queer) teorie wewnętrznie sprzeczne i po części zakłamane. Są jak mityczny wąż uroboros, który pożera własny ogon. W swoim dyskursie podważają to, co same ustanowiły (np. samo istnienie tożsamości płciowej), a także to, co w sposób oczywisty nie da się podważyć. Esencjalistyczna postawa w gender/queer zakłada istnienie płci kulturowej (gender), która obecnie pełni bardzo istotną funkcję, lecz płeć biologiczna jest pierwotna. Natomiast obecnie teoria queer stworzyła stanowisko odwrotne – za pierwotną należy uznać płeć kulturową. A płeć biologiczną trzeba zanegować. A więc najlepiej dla idei „zanegować” istnienie własnych genitaliów (które tak czy owak są potwierdzeniem płci biologicznej), a już koniecznie zanegować wpływ hormonów płciowych na rozwój psychiki. A że fakty są inne – tym gorzej dla faktów.

Takie zabawne (albo głupawe) smaczki można wyczytać w książkach/ artykułach o teoriach gender i queer. Teraz tylko mogę się zastanowić  nad tym, czy mnie oraz wielu innym gejom te teorie są do czegokolwiek potrzebne. Zdaje mi się, że jak rybie rower. Ta cała queerowa nadbudowa nam już cholernie ciąży. Stała się ideologią, którą jako osoby homoseksualne musimy wyznawać, albo cicho siedzieć. Połączenie tej ideologii z interesami osób homoseksualnych uważam za jeszcze większą  bzdurę  niż sławetny sojusz robotniczo-chłopski w klasyce marksizmu-leninizmu. A taka ideologizacja tożsamości płciowej już mi zdecydowanie nie odpowiada.

Graf Cagliostro