niedziela, 5 czerwca 2011

A jednak chyba pojadę na Paradę...

Pisałem już, że odechciało mi się pójścia na Paradę Równości. Rzeczywiście, z pewnych powodów odczuwam jakiś absmak. Organizatorzy Parady mają w głębokim poważaniu walkę o legalizację związków partnerskich, od bezideowości robi się aż mdło. Napisałem już o tym i nie wycofuję się z tego, co napisałem.

Ale chyba będę musiał się wycofać ogólnie z bojkotu i przestać być obrażonym. Tak czy owak muszę jechać w sprawach własnych do Warszawy w czerwcu, więc nie do pomyślenia jest to, żebym był w Warszawie np. w dzień po przejściu Parady. Muszę swój wyjazd skoordynować z Paradą. Nie może być inaczej.

Dlaczego nie może być inaczej? Ano z powodu zwykłej solidarności. Solidarności z gejami i lesbijkami, którzy przyjdą, tak jak ja, walczyć o równe prawa i niedyskryminację, walczyć o legalizację związków partnerskich. Również z solidarności z tymi naszymi kolegami hetero, którzy takich związków partnerskich chcą dla siebie i dlatego będą z nami szli w tej Paradzie. Albo z Solidarności z tymi, którzy widzą, że wolność żadnej jednostki ludzkiej nie może być krępowana, jeśli tylko nie przynosi szkody innym – i dlatego idą na Paradę.

Nasza wolność w postaci jednakowych praw nie przyniesie szkody innym. Po uchwaleniu ustawy o związkach partnerskich czy nawet o małżeństwach jednopłciowych krowy nie przestaną dawać mleka, pomidory nie zrobią się niebieskie, żony w długoletnich małżeństwach nie powiedzą mężom, że są lesbijkami, a mężowie żonom, że są gejami. Wszystko będzie tak jak było do tej pory, tyle że my przestaniemy (przynajmniej częściowo) być ludźmi drugiej kategorii.

W to nie wierzy cały beton homofobicznych fundamentalistów, którzy od razu po rozpoczęciu debaty publicznej na temat związków partnerskich, rozpoczęli w swoich niszowych mediach kampanię nienawiści i obrażania mniejszości seksualnych. W większości są to tzw. „obrońcy rodziny” i fundamentaliści religijny. Z tym, że to jest już religia nie tyle mówiąca o Bogu, co religia majtkowa, gdzie wszystko obraca się wokół seksu. Do tego dochodzi pycha, buta,  chamstwo oraz bycie bardziej papieskim od papieża. 

Takich wrednych artykulików, pełnych homofobicznego jazgotu, przeradzającego się w swoistą histerię, napisano w ostatnim tygodniu sporo. Przoduje w tym „Fronda” Terlikowskiego i parę innych fundamentalistycznych portali. Pełno w nich pogardy dla bliźnich, więc nie można ich raczej nazwać chrześcijańskimi. To – jak powiedziałem – religia polegająca na jakiejś obsesyjnej chęci odgórnego kontrolowania ludzkiej seksualności.

I właśnie takie podłe czasem artykuliki i wpisy z fundamentalistycznych gadzinówek, skłoniły mnie jednak, żeby nie wycofywać się z pojechania na Paradę. Mimo wewnętrznych sporów w środowisku gejowsko-lesbijskim, mimo nieudacznictwa i bezideowości organizatorów – pojadę. Zwłaszcza, że w Warszawie i tak muszę niedługo być. Fundamentaliści, możecie więc być zadowoleni, że integrujecie homo-środowisko. Nas będzie więcej, zresztą sondaże pokazują, że coraz mniej osób uważa, że im przeszkadzamy, albo jesteśmy czymś gorszącym.

Na koniec chciałem przypomnieć słowa abp. Desmonda Tutu: „Gdyby Pan Bóg był homofobem, nie oddawałbym Mu czci”

I ja wielebnego abp. Desmonda Tutu rozumiem doskonale... Bóg nie jest pełen nienawiści. Jest doskonały, w odróżnieniu od ociekających śliną nienawiści wściekłych piesków z Frondy. 

***

A oto pieśń dziękczynna (niem. Nun danket alle Gott) z 1630, sławna do dziś i żywa w kościołach nie tylko luterańskich

Dziękujmy Bogu wraz,
I sercem i ustami,
Bo wielkość Jego spraw
Ujawnia się nad nami.

Oto jak Bach mistrzowsko wykorzystał temat tego popularnego chorału luterańskiego w swojej fantazji organowej:



I to jest piękne. 

środa, 1 czerwca 2011

Kazus posła Węgrzyna

Ostatnio został wyrzucony z PO poseł Robert Węgrzyn. Wykluczono go z partii za głupi sztubacki żart. Zapytany o legalizację związków partnerskich powiedział: „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”. Dodał: - „Natura ludzka i człowiek jest tak skonstruowany, że powinien żyć w związku partnerskim zgodnie z naturą właśnie, to jest pogwałcenie praw natury”. Dopytywany o tych, którzy „chcą inaczej”, odparł: „To jest jego problem, ale niech się z tym nie obnosi”...

Wypowiedź niewątpliwie homofobiczna, ale czy nie za dużo było wokół tego wszystkiego zamieszania?  Zwróćmy uwagę, że powtarzano najczęściej pierwszą część jego wypowiedzi „Z gejami to dajmy sobie spokój, ale z lesbijkami, to chętnie bym popatrzył”, niby dowcipną, ale tak naprawdę świadczącą o dojrzałości emocjonalnej posła na poziomie gimnazjalisty, więc raczej zasługującą na zignorowanie niż na uwagę. Natomiast mało zwracało się uwagę na dalszą część wypowiedzi, która była jednak obraźliwa, skoro Węgrzyn mówił w niej o związku jednopłciowym jako o „pogwałceniu praw natury”. No i właśnie: czy byłoby tyle krzyku, gdyby tylko druga (bardziej homofobiczna) część jego wypowiedzi została wypowiedziana publicznie?   

Poseł Węgrzyn jest przykładem osobowości sztubackiej, więc jestem gotów puścić te jego głupoty mimo uszu i  nie mam do niego większych pretensji ani nie podałbym go do sądu. Wręcz przeciwnie, wolałbym, żeby nie wykluczano go z partii, starczy upomnienie. Zresztą sam nie pierwszy raz się skompromitował. Ale teraz poseł Węgrzyn stał się męczennikiem heteronormy, doświadczonym przez spisek nienormalnego, wszechobecnego homolobby. 

Czy to jest dobrze dla nas? Myślę, że nie. Potępianie homofobii posła Węgrzyna to zamachiwanie się z maczugą na muchę. Tymczasem naprawdę homofobiczne wypowiedzi posłów takich jak Gowin czy Niesiołowski przechodzą gdzieś bokiem, mimo uszu. Ich się toleruje, natomiast po szczeniacku szczerą  wypowiedź kogoś, kto przyznaje się, że  podnieca go bardziej patrzenie na lesbijki niż na gejów – uznaje się za kamień obrazy. 

Teraz po tym wszystkim poseł Węgrzyn może on stać się naprawdę ostrym homofobem, podczas gdy dotychczas był tylko takim sobie lekko homofobicznym dowcipnisiem. Lepiej nie zajmujmy się polowaniem na muchy, bo to może być niebezpieczne i niezdrowe, a tylko zajmuje niepotrzebnie energię przydatną do walki z homofobią, której czasem nawet nie zauważamy, a która jest o wiele bardziej niebezpieczna niż kompromitująca wypowiedź posła-żartownisia. 

Graf Cagliostro

poniedziałek, 30 maja 2011

Bzdety pana Kalety

O ostatnich homofobicznych zajściach w Senacie pisano już wiele razy, więc nie będę tego powtarzał. Jednak zainspirowała mnie dzisiejsza rozmowa z senatorem Piotrem Kaletą (PiS) na TOK FM (Komentarze radia TOK FM).


To chodzi o tego pana, co wprowadził homofobiczną poprawkę do ustawy, zastrzegającą, że rodzinnego domu dziecka nie może być osoba orientacji homoseksualnej. Niby nic szczególnego, bo cała rozmowa niezbyt ciekawa, tak naprawdę powiedział to, co można było się po nim spodziewać. Mówił bzdury, chociaż nie po chamsku, starał się też udawać uprzejme zrozumienie sprawy, ale to raczej było wkurzające i żenujące. Mimo wszystko, znalazły się w tym nijakim przelewaniu wody takie kwiatki, które wytypowałem jako nominacje do comiesięcznego Złotego (a może i Kryształowego) Pisuaru.


Rodzina, to związek kobiety i mężczyzny. Tak ma być i tak pozostanie.

Rodzina jest tym miejscem, które najlepiej wyszło ludzkości. Ludzkości nic lepiej nie wyszło.

No tak – rzeczywiście ludzkości nic lepiej nie wyszło. Tylko że wielu zwierzakom też to wyszło. Są zwierzaki, które tworzą trwałe związki i opiekują się dziećmi. Np. bociany w gnieździe, które wychowują młode bocianiątka. Dużo przykładów można by dawać – może być rodzina foczek, rodzina pingwinów (ta nawet z tego co wiem czasem bywa homoseksualna). Rodzina australopiteków, pitekantropów czy neandertalczyków – też istniała. Czyżby NIC LEPIEJ ludzkości od tej pory nie wyszło? Czy dzieła geniuszu ludzkiego, osiągnięcia nauki, czy wreszcie społeczeństwo obywatelskie, którego nie mieli neandertalczycy i inne małpoludy – czy to wszystko jest zerem w porównaniu z RODZINĄ? Nie chcę tu deprecjonować wielkie roli rodziny, wysiłku rodziców, ich miłości, ale stawianie rodziny na piedestale, więcej: czynienie sobie z niej bałwana, jest czymś głęboko nieetycznym. Są rodziny wspaniałe, ale jest też mnóstwo rodzin patologicznych, rodzin, gdzie dokonuje się molestowanie, gwałt, przemoc. Po prostu idiotyczne jest, żeby WSZYSTKIE rodziny uznać z góry za rodziny idealne, jak to czyni wielu zwolenników i członków PiS-u. A pana Kaletę zachęciłbym o spytanie co sądzą na temat rodziny takie osoby jak Natascha Kampusch czy dzieci Josepha Fritzla.

I dalej: Jak będzie realizowana ustawa – spytał redaktor senatora Kaletę.

Możemy przewidzieć, że osoby homoseksualne niekoniecznie będą chciały być transparentne. Ale jeśli wójt / burmistrz / prezydent taka osobę będzie chciał zatrudnić, to musi pojawić się określona formuła, że: świadomy odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych oświadczeń itd. Ja sobie zdaję sprawę, że te osoby mogą nie powiedzieć prawdy. Ale nastąpi pewna weryfikacja, ponieważ dziecko idzie do szkoły, jest wśród swoich rówieśników. Jeśli nastąpi taki sygnał, chociażby właśnie ze szkoły, że dzieje się coś nie tak, co mogłoby budzić wątpliwości, to wtedy wójt/ prezydent/ burmistrz ma mechanizmy do tego, żeby to sprawdzić.

No i co wtedy? Pletyzmograf prąciowy? A jak ktoś powie, że nie jest orientacji homoseksualnej, tylko biseksualnej, to co wtedy?  O orientacji biseksualnej nie ma w ustawie ani w poprawkach do niej.

I jaka to weryfikacja wśród rówieśników? Kolega ze szkoły doniesie na Jasia do burmistrza, że jego mamusia jest lesbą albo że tatuś jest pedałem?  I nastąpi doniesienie do prokuratury? A wydawało mi się, że każdy ma prawo do nieujawniania spraw intymnych, takich jak choćby orientacja seksualna. Zresztą zwykle słychać pohukiwanie prawicowców typu „A co wy tak się obnosicie ze swoją orientacją”. Aż tu nagle okazuje się, że oni chcą wiedzieć, kto jest tej „złej” orientacji. Przepaski z różowymi trójkątami, noszone obowiązkowo w strefie publicznej rozwiązałyby tę sprawę. Czy nad tym też będziecie głosować?

Nie damy się. Liberalnemu Kalwinowi proponuję wypowiedź p. Kalety na nominację do Złotego PiSuaru. Pozdrowienia od Liberalnego Luteranina.

niedziela, 29 maja 2011

Contra spem spero - klarnecista przeciw homofobii

Widziałem ostatnio fotorelacje z krakowskiego Marszu Równości. Demonstranci przeszli przez miasto z naszymi postulatami. Nacjonalfaszyści zademonstrowali swoją nienawiść. Marsz był ochraniany przez policję. Pomimo to kogoś z organizatorów Marszu pobito już po zakończeniu całej imprezy. Smutne.
Ktoś powie – no tak, ale u nas zawsze była taka homofobia, co robić... No właśnie – jak z tą naszą homofobią w naszym polskim piekiełku? Zmieniło się coś czy nie? Coś zauważam jednak, że się zmieniło. Jeśli co roku w Marszach i Paradach Równości spotykam coraz więcej moich heteroseksualnych przyjaciół, znajomych i nieznajomych – to świadczy o tym, że kwestia niedyskryminacji ludzi z powodu ich orientacji porusza także tę część społeczeństwa, która ma orientację standardową. Jeśli widać, że do Marszu dołącza np. małżeństwo z małym dzieckiem, to robi się  naprawdę miło. Dziesięć lat temu tak dobrze nie było, choć możemy mówić, że do społeczeństw zachodnich nam dużo brakuje. Cieszy jednak, że po naszej stronie są ludzie, reprezentujący bardzo różne grupy społeczne.
A ci, którzy są w kontrmanifestacji? Kim są? Na szczęście to nie żaden przekrój społeczeństwa. To homofobi ze środowisk kibolsko-skinolskich robiący się na pseudopatriotów. Przeciętny przechodzień hetero czasem coś fuknie, czasem się uśmiechnie, czasem przejdzie obojętnie – ale zwykle nie ma tej chorobliwej  nienawiści, która jest odczuwalna w grupach nacjonalfaszystów czy ekstremistów religijnych. Taka nienawiść tkwi jeszcze w dużej części „zwykłego” społeczeństwa w krajach na wschód od Polski. Oto zobaczcie, jak wyglądała próba zorganizowania parady gejowsko-lesbijskiej w Moskwie. Skończyła się spacyfikowaniem niewielkiej grupy demonstrantów.

Nie można o to winie samej policji – gdyby nie histeryczna nienawiść ze strony wielu grup społecznych, władze i policja raczej by nie przeszkodziły (zezwolenie mera Moskwy początkowo było, ale zostało cofnięte z uwagi na protesty społeczne i protesty ze strony Cerkwi Prawosławnej). Rozmawiałem w zeszłym roku przed EuroPride z paroma Rosjanami, który przyjechali u nas poparadować jak do kraju nowoczesnego i tolerancyjnego. U nas z nami rozmawiają politycy, prowadzi się debatę publiczną, projektuje się ustawę o związkach partnerskich (nawet jeśli jest nie jest dla nas korzystna a poza tym i tak nie przejdzie w tej kadencji).  U nich po prostu mniejszości seksualne się bije i wyzywa, a nikt nie traktuje „dewiantów”  poważnie i nie chce z nimi rozmawiać. Dlatego właśnie z gejami i lesbijkami z Rosji, Ukrainy, Białorusi, ale też z Litwy, Łotwy, Bułgarii, Rumunii, Serbii itd. – więc z krajów, gdzie poziom homofobii jest jeszcze wyższy niż u nas – powinniśmy szczególnie trzymać sztamę.


Smutne to i ponure, co stało się wczoraj w Moskwie. Ale historia nie zacznie się kręcić wstecz z powodu żądań homofobów. Będzie trudno, ale zawsze do przodu.

A przecież Rosja ma takie tradycje kultury gejowskiej, że tylko mogłaby się tym poszczycić. Nie będę tu robił wykładu ani antologii, ale jedna perełka z poezji rosyjskiego Srebrnego Wieku by się przydała. Oczywiście, jeśli mówić o poezji gejowskiej w Rosji na przełomie XIX i XX wieku, to na pierwszym miejscu trzeba wymienić Michaiła Kuzmina (1872 – 1936). W jego zbiorku Занавешенные картинки (wydany w 1920 w Amsterdamie – no tak, w Rosji to by nie przeszło, nawet ze względu na lubieżne ilustracje – zob. w podanym linku rosyjskim, tam są!) znalazłem uroczy wierszyk pt. Klarnecista i postanowiłem go poetycko przetłumaczyć:

Oryginał:
КЛАРНЕТИСТ
(Романс.)
Я возьму почтовый лист,
Напишу письмо с ответом:
"Кларнетист мой, Кларнетист,
Приходи ко мне с кларнетом.
Чернобров ты и румян,
С поволокой томной око,
И когда не очень пьян,
Разговорчив, как сорока,
Никого я не впущу.
Мой веселый, милый кролик.
Занавесочку спущу.
Передвину к печке столик.
 
 
Упоительный момент!
Не обмолвлюсь словом грубым
Мил мне очень инструмент
С замечательным раструбом!
За кларнетом я слежу,
Чтобы слиться в каватине
И рукою провожу
По открытой окарине.
 
1918.




 Przekład na język polski / Перевод на польский язык:


KLARNECISTA
Romans

Wezmę dziś papieru listek
I odpowiem Klarneciście:
Klarnecisto, przychodź do mnie
Z twym klarnetem, Klarnecisto.
Czarnobrewy i rumiany
Okiem wodzisz powłóczyście
Gdy nie jesteś zbyt pijany
To jak sroczka rozgadany,
Ja nikogo tu nie wpuszczę.
Mój wesoły, mój króliczek…
Tylko zasłonkę opuszczę
I przesunę tam stoliczek.

O, upojny jest ten moment!
Brzydkiego słowa nie wtrącam,
Miły jest mi ten instrument
Z czarką tak zachwycającą!
Śledzę więc za tym klarnetem
By się złączyć w kawatinie
I przesuwam wolno dłonie
Po odkrytej okarynie.

***

środa, 25 maja 2011

LGBT +Queer = Sojusz Robotniczo-Chłopski? (1)

Mówię zawsze, że nie lubię określenia LGBT i nigdy się tak określam. Jestem gejem – mężczyzną o orientacji homoseksualnej. Zdaję sobie coraz bardziej sprawę, że to środowisko złożone z kilku grup, których prawie nic nie łączy prócz wspólnych wrogów (skinoli, neonazistów z NOP, Rydzyka, Terlikowskiego i in.). Gejów i lesbijki łączy może jeszcze jakaś wewnętrzna solidarność. Biseksualiści stoją raczej na uboczu i małym stopniu biorą udział w życiu gejowsko-lesbijskim. W przypadku facetów bi to zazwyczaj ludzie albo żonaci, albo żyjący w trójkątach, którym mało zależy na legalizacji związków partnerskich. Poza tym z gejami rzadko tworzą dłuższe emocjonalne związki – wiele ogłoszeń gejów, którzy szukają partnera kończy się zdaniem: „Biseksi – proszę nie pisać”. Wiadomo, jeden gej raczej wybaczy drugiemu skok do łóżka z innym facetem, ale wybaczyć skok do łóżka z kobietą jest o wiele trudniej.

Transseksualni – to mała grupa osób, które mają zespół dezaprobaty płci. Wspieramy ich, uważamy, że mają prawo do refundacji korekty płci, do pomocy w swoich kłopotach. Zresztą nie wiem, dlaczego heteroseksualna większość miałaby tych dążeń nie wspierać.

Widzimy więc, że LGBT, to raczej słabo zintegrowana grupa. Można by tu jeszcze dodać przyjazne mniejszościom osoby hetero, osoby żyjące w konkubinacie itp. Tymczasem  pozostała jeszcze jedna kategoria – queer, i ją nam próbuje się wcisnąc.  Queer znaczy z ang. tyle, co ‘dziwaczny’. Powstała cała filozofia queer i nawet teoria literatury queer.  Wszystko to narosło wokół badań na temat gender (płci kulturowej, przeciwstawionej płci biologicznej). Queer to teoria inności i dezakceptacji dla heteronormatywnego społeczeństwa.

Wszystko byłoby bardzo fajnie, ale… Po lekturze paru artykułów i fragmentów pewnej książki stwierdziłem, że queer jako teoria jest konglomeratem rzeczy wartościowych i bezwartościowych. Mieszaniną interesujących spostrzeżeń i bredni. Teoria queer jest niby tylko teorią, więc nie ma obowiązku, żeby w nią wierzyć, albo traktować ją jako dogmat.

W ramach teorii gender/queer pozostaję esencjalistą i sceptykiem.  Nie jestem entuzjastą tych kierunków, ale nie twierdzę, że wszystko tam jest do bani. Twierdzę, że są to (zarówno gender, jak i queer) teorie wewnętrznie sprzeczne i po części zakłamane. Są jak mityczny wąż uroboros, który pożera własny ogon. W swoim dyskursie podważają to, co same ustanowiły (np. samo istnienie tożsamości płciowej), a także to, co w sposób oczywisty nie da się podważyć. Esencjalistyczna postawa w gender/queer zakłada istnienie płci kulturowej (gender), która obecnie pełni bardzo istotną funkcję, lecz płeć biologiczna jest pierwotna. Natomiast obecnie teoria queer stworzyła stanowisko odwrotne – za pierwotną należy uznać płeć kulturową. A płeć biologiczną trzeba zanegować. A więc najlepiej dla idei „zanegować” istnienie własnych genitaliów (które tak czy owak są potwierdzeniem płci biologicznej), a już koniecznie zanegować wpływ hormonów płciowych na rozwój psychiki. A że fakty są inne – tym gorzej dla faktów.

Takie zabawne (albo głupawe) smaczki można wyczytać w książkach/ artykułach o teoriach gender i queer. Teraz tylko mogę się zastanowić  nad tym, czy mnie oraz wielu innym gejom te teorie są do czegokolwiek potrzebne. Zdaje mi się, że jak rybie rower. Ta cała queerowa nadbudowa nam już cholernie ciąży. Stała się ideologią, którą jako osoby homoseksualne musimy wyznawać, albo cicho siedzieć. Połączenie tej ideologii z interesami osób homoseksualnych uważam za jeszcze większą  bzdurę  niż sławetny sojusz robotniczo-chłopski w klasyce marksizmu-leninizmu. A taka ideologizacja tożsamości płciowej już mi zdecydowanie nie odpowiada.

Graf Cagliostro

piątek, 20 maja 2011

Dlaczego zbojkotuję Paradę Równości

To słowo nie może mi wciąż przejść przez gardło – ale w tym roku najprawdopodobniej zbojkotuję Paradę Równości. Nie pójdę, choć chciałbym pójść, ale żałuję, że nie pójdę. Z drugiej strony uważam za świetną argumentację tekst na Blogu Wielobranżowym, tłumaczący dlaczego należy pójść na Paradę mimo niezgody na pewne zachowania jej organizatorów. Gdybym mieszkał w Warszawie pewnie bym posłuchał tych argumentów. Czyżby przeważyło kilka godzin podróży i nocleg, więc rzeczy, które nie były dotychczas problemem przy moich paradowych wojażach? To też istotne, ale najważniejsze było co innego. Zacząłem śledzić homicze portale, aby się dowiedzieć więcej o tegorocznej Paradzie.

Najpierw rzucił mi się w oczy plakat:

Słusznie napisał po tym Wojtek Szot, że jest to szmira roku. Poza tym rozpowszechnia stereotypy i dlatego między innymi jesteśmy postrzegani jako „przegięci”. Tymczasem ta Parada miała być nie tylko zabawą w stylu juwenaliów, ale przede wszystkim walką o nasze prawa. O prawa do legalizacji związków, o godność osobistą – sprawy takie jak odwiedziny partnera/-rki w szpitalu, spadek, wspólne opodatkowanie itd. O edukację społeczeństwa i zapobieganie homofobii. O niestosowanie mowy nienawiści. To są nasze najważniejsze postulaty i cele.

Tegoroczna Parada okazuje się być paradą bez celu. Homofobi mogą się z tego powodu cieszyć, my powinniśmy się raczej martwić. Parada nie stawia sobie nawet jako głównego celu legalizacji związków partnerskich – cyt. W samym nawet Komitecie Organizacyjnym są osoby, które związkom są przeciwne.

No nie… To kto tę Paradę organizuje, do licha? Zacząłem drążyć dalej – i trochę znalazłem. Nie, nie znalazłem kozła ofiarnego, bo wiele osób niekompetentnych za klęskę tegorocznej Parady odpowiada. Znalazłem natomiast wypowiedzi rzecznika Parady, Mariusza Drozdowskiego, znanego pod ksywą Jej Perfekcyjność.  Sam Drozdowski pisze:

Działacze gejowsko-lesbijscy (czy też raczej dla ścisłości: działacze gejowscy i działaczki lesbijskie) są w zdecydowanej większości zwolennikami i zwolenniczkami ustanowienia w Polsce rejestrowanych związków jednopłciowych. Sami geje i lesbijki też raczej ten pomysł popierają.

a zaraz potem dodaje:


Rozluźnianie się normy sakralizowanego przez chrześcijaństwo związku kobiety i mężczyzny doprowadziło do tego, że można dziś żyć ze sobą w związku niemałżeńskim a państwa świeckie pozwalają na rozwody i ponowne wchodzenie w związek damsko-męski przed odpowiednim urzędnikiem. Wydaje się to banalną oczywistością, ale jest jednak osiągnięciem wielu setek lat walki z tradycją i normą.
Właśnie w imię walki z tradycją i normą  jestem przeciwna rejestrowanym związkom homoseksualnym.

Trochę to brzmi jak argumentacja LPR-u, Frondy czy innych ultrasów: Po co wam, pedałom i lesbom związki partnerskie, skoro wam i tak państwo pozwala mieszkać ze sobą.  Zresztą wy i tak śpicie z innym każdej nocy…

I dalej:

jeśli pozwala się im, to czemu nie ludziom w związkach wieloosobowych?
Tak, jestem przeciwnikiem rejestrowanych związków partnerskich osób tej samej płci. Jestem jeszcze większym przeciwnikiem małżeństw homoseksualnych. Jestem za wypracowaniem nowego modelu relacji osób homo. Nie koniecznie dwuosobowego, nie koniecznie „aż nas śmierć nie opuści” i nie koniecznie zajmującego się „produkowaniem” nowych obywateli. Jestem przeciwniczką dopasowywania się osób homo do istniejących norm heteroseksualnych. Jestem zwolennikiem wolności obywateli i zostawienia im prawa do decydowania o tym z kim chcą kiedy sypiać i z kim chcą w jaki sposób dzielić mieszkanie i konto bankowe.

A ja powiem tak: walczący ze wszystkim Drozdowski pogubił się tu w swoim walczeniu. Prawo i wolność do tego, z kim kto chce sypiać wszyscy mamy, a niezbędne ograniczenia dotyczą przypadków szczególnych, których chyba nikt nie kwestionuje. Darkroomy i agencje są otwarte, anonse są dostępne – słowem, róbta co chceta. Życie w trójkącie czy czworokącie nie jest karalne. To już jest i o to nie trzeba walczyć. Walczyć trzeba o to, żebyśmy mieli zapewnione w związkach te prawa, które mają pary hetero. Ci, którzy chcą taki związek zawrzeć, nie będą pytali o zgodę Drozdowskiego, podobnie jak nie będą pytali Rydzyka.

Podsumowując ten stek bzdur: Drozdowski nie zważa na to, że geje i lesbijki w ogromnej większości popierają związki partnerskie i, jak widać w krajach, które takie rozwiązanie wprowadziły, wiele par jednopłciowych z nich już skorzystało. Drozdowski zachowuje się jak rozkapryszona królewna i, co więcej, stwierdza, że skoro jemu owe związki są niepotrzebne (bo chce sobie powalczyć z tradycją), to geje i lesbijki powinni się do niego dostosować. Taka osoba jako rzecznik Parady jest wysoce szkodliwa dla całego środowiska gejów i lesbijek. Rzecznik Parady Równości, który nie rozumie, ani że mnóstwo par jednopłciowych chce legalizacji związków, choćby dlatego, że legalizacja zmniejszy naszą dyskryminację prawną, ani że wiele par zawarłoby takie związki, niezależnie od tego czy Drozdowskiemu się tego chce czy nie.

Parada pod dyrekcją Drozdowskiego zmierza ku katastrofie. Cytowane jego wypowiedzi wskazują, że to osoba niekompetentna, niepatrząca dalej niż czubek swojego nosa. Mam wrażenie, że jeżeli pozostanie rzecznikiem w następnych latach, to nie tylko będzie kwestionować nasze żądania związków partnerskich, ale boję się, że swój styl bycia uczyni modelowym i „obowiązującym” dla gejów i lesbijek. Jest osobą kabaretową – to widzimy i to nie jest nic uwłaczającego (zresztą sam jestem miłośnikiem wielu kabaretów). Lecz permanentna kabaretowość staje się uciążliwa – musi istnieć sfera codzienności, która byłaby w miarę poważna. Jeśli ktoś chce, by go uważano za osobę wiarygodną, musi zrezygnować z wygłupów. I naprawdę nie chodzi mi o narzucanie Drozdowskiemu jakiejś tożsamości. Jeśli jest transseksualny – może skorygować płeć, jeśli chce pozostać facetem przebierającym się czasem za kobietę – to ma taką możliwość, choćby jako drag queen. To mnie ani ziębi, ani parzy. Chodzi mi o to, że jego osiągnięcia pozostają na poziomie żałosnych wygłupów typu Różowe Saneczki i Dzień Paris Hilton. Słaby teatrzyk uliczny i nic więcej – można się zaśmiać, jeśli nic śmieszniejszego nie ma. Ale kłopot w tym, że na tym samym miernym poziomie teraz się szykuje Parada Równości Drozdowskiego. Bo ani to Jej, ani Perfekcyjność. Parada teraz jest cyrkiem, a my idąc w takiej paradzie jesteśmy postrzegani jako „różowa banda zboczeńców z piórami w dupie”, ewentualnie po prostu jako grupa ludzi śmiesznych. Parada powinna być wesoła, ale też powinna mieć element poważny, jeśli chcemy być traktowani poważnie. Nie może wszystko stanąć na zawsze na głowie. Bachtinowska karnawalizacja rzeczywistości nie może trwać wiecznie, bo karnawał się kończy i zaczyna się post.

Napisałem ostro. Wiem, że są osoby myślące tak jak ja i wiem, że są tacy, którzy gotowi są nazwać mnie homofobem. To brzmi jak groteska, kiedy geja/lesbijkę nazywa się homofobem/ -fobką, ale tak bywa. Ostatnio na gaylife  chciano niemalże ukamienować Gosię z blogu trzyczęściowy garnitur, która ośmieliła się skrytykować rzecznika Parady. Jednak wiele osób poparło tę ostrą zresztą krytykę. Sam myślałem z początku, że trochę zbyt ostrą (niegrzeczną, och!), ale gdy doszedłem do źródeł i przeczytałem parę rzeczy, stwierdzam: podpisuję się obiema rękami pod opinią Gosi. Zresztą jak pod większością wypowiedzi Ewy i Gosi. Dziewczyny, jesteście wspaniałe. Tak trzymać.

Wszystkim, którzy idą na Paradę, życzę dobrej pogody i powodzenia (mimo wszystko!). Sam poczekam, aż Paradę/ Marsz Równości będzie organizował ktoś odpowiedzialniejszy. Może akcja Miłość nie wyklucza? Potrzebny jest przecież ktoś, kto reprezentuje NASZE interesy i działa dla NASZEJ sprawy.


A teraz posłucham sobie Mahlera (wczoraj minęła 100. rocznica śmierci) z Des Knaben Wundenhorn.

Ich muß marschieren bis dem Tod…

Graf Cagliostro

piątek, 13 maja 2011

Tego nie lubię!

Czasem wracam myślą do absurdalnych lat osiemdziesiątych, mojego dzieciństwa i szkolniactwa, aby zaśmiać się z rzeczywistości, która już odeszła, a która była w dużej części ponura, ale często też zabawna. Pamiętam, że w szkole uczyliśmy się wierszy na pamięć – bardzo dobrze, jeśli to były wiersze wartościowe, ale bywały i utwory grafomańskie. Częściowo i one pozostały w pamięci. Pomnę jeden taki wierszyk, przynajmniej część została mi w głowie, to „coś tam” w nawiasach to słowa, które zapomniałem:

Pan Adam Mickiewicz
W (coś tam) białej szubie
Powiedział (coś tam) głośno:
„Tego nie lubię”
I wypędził synogarlice
Za okiennice.
I gołębie przywołał.
A każdy z nich (coś tam)
Piękniejszy od anioła.

Moja mama jak zobaczyła, że jej synek ma się tego uczyć na pamięć, złapała się za głowę i jęknęła: „Czego was tam uczą! Przecież to grafomania!” Ale cóż trzeba było się uczyć, ku chwale Adama Mickiewicza. Ale mnie nie trzeba było do Mickiewicza przekonywać, skoro jego dzieła wszystkie stały już w mojej biblioteczce, a mama czytała mi fragmenty z Pana Tadeusza, jeszcze jak byłem zupełnym smarkaczem. 

Co do Mickiewicza: uważam, że był poetą znakomitym. Zachwycałem się Panem Tadeuszem, wzruszam się nim do dziś. To nie znaczy jednak, że Mickiewicz we wszystkim jest poetą zawsze aktualnym. Odwoływanie się w XXI wieku na serio do martyrologicznego patriotyzmu w stylu Mickiewicza uważam za głupie, obłąkańcze i szkodliwe dla Polski. A niektóre opcje polityczne robią wszystko, żeby zwłaszcza te tragiczne i pesymistyczne wiersze Mickiewicza zaangażować politycznie (doprowadzić ciemny lud do żałoby, szlochania,  depresji – wtedy jest lepszy „rząd dusz”) .  Aż włos mi się zjeżył na głowie, gdy natrafiłem na stronie „Radyja Wszechmoherowego” na patetyczny artykulik przedrukowany z „Ichniego Dziennika”, zaczynający się słowami: „26 listopada wspominamy śmierć Adama Mickiewicza, ale nie po to, aby się wzruszać, ale by czerpać z jego życia inspirację do czynu. Tak odczytywały naszego Wieszcza nie tylko kolejne pokolenia polskich patriotów, ale także naszych wrogów”. 

Co? Nasi wrogowie czerpali inspirację do czynu z Mickiewicza? Gdyby tak było, to by się pochlastali. Weźmy wiersz „Do Matki Polki”:

Bo choć w pokoju zakwitnie świat cały,
     Choć się sprzymierzą rządy, ludy, zdania,
 Syn twój wyzwany do boju bez chwały
     I do męczeństwa... bez zmartwychpowstania.

 Każże mu wcześnie w jaskinią samotną
     Iść na dumanie... zalegać rohoże,
 Oddychać parą zgniłą i wilgotną
     I z jadowitym gadem dzielić łoże.

Czy to ma być przesłanie, które wzięliby sobie wrogowie Polski za wzór? Chyba by przestali normalnie funkcjonować, przeznaczeni do „męczeństwa bez zmartwychpowstania”. Oczywiście, za czasów Mickiewicza, w okresie klęski powstania listopadowego i prześladowań, taki głęboko tragiczny wiersz był niczym żałobna czarna kolia, dla matki, która straciła syna i nadzieję, ale nie straciła ducha patriotyzmu. Ale dziś pranie na poważnie sztancy „Matki Polki” jest czymś okropnym i przerażającym – przecież owa Matka Polka ma służyć do rodzenia niewolników i do szlachetnego rozpaczania po ich męczeńskiej śmierci. Ten wiersz odbija się nam czkawką przez prawie dwieście lat, a jakoś nie możemy się zdecydować na wzięcie środka wymiotnego. Owe koszmarne Fackelzugi w miesiącznice katastrofy smoleńskiej, wędrujące namioty „Solidarnych”, to pokłosie tamtych nieszczęśliwych lat i tego, że ówczesną traumę zaborów część społeczeństwa traktuje jako patriotyczny ideał, a przebrzmiałe (choć często mistrzowskie) martyrologiczne wiersze – jako źródło inspiracji w kształtowaniu świadomości narodowej.

Jakiś czas temu byłem parę dni u moich rodziców. W małym miasteczku, w który kiedyś mieszkałem, przechodziłem ulicami. Spotkałem pana X, ojca mojej koleżanki z podstawówki. Zna mnie od smarkacza, mówi mi po imieniu, bardzo sympatyczny starszy pan. Jakoś tak się zdarza w ostatnich latach, że co najmniej raz w roku go spotkam. I wszystko by było dobrze, gdyby… no właśnie. Pan X jest trochę wścibski i wypytuje mnie, gdzie jestem, co robię, gdzie wyjeżdżam. No to mu odpowiadam, różne tam rzeczy. No i pojawia się pytanie: „A jak tam mieszkasz, taki wielkomiastowy się zrobiłeś, co?  Masz mieszkanie własne? Czy może wynajmujesz?” Zagryzam wargi i kłamię: „Tak, wynajmuję”. Kłamię, żeby nie powiedzieć, że mieszkanie, w którym mieszkam, jest własnością mojego partnera. A pan X świdruje dalej: „A może byś sobie jakąś dziewczynę znalazł, co? No przecież już jesteś… duży chłopak”. (Jego córka już urodziła kilkoro dzieci, więc może być wzorem.) Chciał pewnie powiedzieć: „stary kawaler”, ale użył eufemizmu. Żeby ukryć zmieszanie, próbuję się roześmiać i mówię: „A, teraz mam tyle zajęć, i doktorat, i tego…” Pan X uśmiecha się tajemniczo, pozdrawia moich rodziców, podajemy sobie ręce na pożegnanie i odchodzę.

Wracam do rodziców. Jestem trochę podenerwowany. Nie mogę sobie czegoś wybaczyć – jakbym popełnił jakiś wielki błąd życiowy. Mam zaciśnięte ręce. Mówię do sobie przez zęby „Tchórz, tchórz, tchórz…” Tchórz – to ja. Po raz któryś pan X zawraca mi gitarę ożenkiem. Gdybym nie był tchórzem, to bym mu wyłożył wszystko, jak jest naprawdę. Niech wie. Moi rodzice wiedzą o mojej orientacji i już jest spokój. Czego się więc przeląkłem? Przecież mieszkam już w innym miejscu Polski.

Panu X jest potrzebna w domu Matka Polka.  I patriarchalny wzorzec rodziny. Matka Polka ma spełniać funkcje prokreacyjne i być kurą domową. Według wiersza Mickiewicza powinna jeszcze rodzić niewolników i straceńców oraz szlochać i rozpaczać po ich śmierci. Nowoczesna matka budzi często zgorszenie, podobnie jak stara panna czy żyjąca w konkubinacie. Stary kawaler to też niedobre rozwiązanie. A lesbijka czy gej – o, to już zgroza. Ale syn Matki Polki ma mieć ręce skrępowane łańcuchem i z jadowitym gadem dzielić łoże. (To chyba jeszcze gorzej niż z kozą, sodoma i gomora. ) Cóż więc robić? Wyzwolić się od modelu prokreacyjnej Matki Polki – nasi sąsiedzi nie mają przecież wzorca Matki Niemki czy Matki Szwedki i jest im z tym lepiej. I zerwać owe kajdany czasów przegranych powstań i rozpaczy.

Zerwijmy wszystkie kajdany – również te różowe, narzucone przez obowiązujące wzorce teorii queer i tzw. społeczności LGBT(Q). Bądźmy po prostu sobą i w ten sposób będziemy mogli iść w marszach równości i domagać się prawnej legalizacji naszych związków i walki z homofobią.

Graf Cagliostro